Zacznę od jednego, wakacyjnego obrazka. Oto południową porą wracam sobie z zajęć jedną z tych typowych, rzymskich uliczek. Jako że słońce już jest wysoko na horyzoncie, to i ludzi jest coraz więcej na zewnątrz. Tym więcej, iż owa wakacyjna impresja toczy się blisko popularnej Piazza Navona. Bardzo lubiłem przechodzić akurat tą uliczką (i nie tylko dlatego, że była to najkrótsza droga do klasztoru). Był inny powód. Porównując inne rzymskie ulice, znajdujące się w centrum, akurat na tej było można spotkać więcej ‚stałych’ mieszkańców Wiecznego Miasta. Szczególnie dało się to odczuć rano, kiedy mijałem elegancko ubranych, spieszących się (prawdopodobnie do pracy) ludzi. Z drugiej strony dało się spostrzec spokojnych, mających czas szczęśliwców, którzy z namaszczeniem dopijają ostatnie krople porannej kawy. Zaraz z naprzeciwka mija mnie szeroka śmieciarka (na wąskich rzymskich ulicach nie jest to bez znaczenie, że jest ona szeroka). Na tej ulicy, podobnie jak i na innych, było wiele małych barów, w których zawsze ktoś był. Nie było trudno poznać mieszkańców tej okolicy, którzy (jak to Włosi) w porównaniu z innymi przechodniami czy też klientami, zachowywali się dość swobodnie. Mijając ich codziennie zacząłem niektórych nawet rozpoznawać. Jednak byłem typowym przechodniem, który nie zwraca zbyt dużej uwagi na mijanych. Kilka razy dostrzegłem, że przy jednym barze dość często leży sobie spokojnie pies. Ale dopiero po miesiącu dostrzegłem coś więcej. Otóż jak co dzień wracam sobie spokojnie z zajęć. Mijam turystów, mieszkańców, pracowników… nic szczególnego. Aż tu nagle wybiega w moją stronę wspomniany wcześniej pies. Aż przystanąłem ze zdziwienia. Nigdy nie widziałem tak szczęśliwego psa (o ile w ogóle jest możliwa ocena stanu psychicznego psa). Moje zdziwienie było tym głębsze, gdyż kundel biegł tylko na trzech łapach.

Dzisiejszy dzień jakoś mocno prowadzi mnie w stronę zachwytu i dziękczynienia. Już od rana nad Krakowem na zupełnie czystym niebie wzeszło jasne słońce. Budząc się rano pomyślałem: To będzie piękny dzień.
Módl się rano wraz z braćmi, zanim pójdziesz do pracy, wraz z tymi, co idą do pracy, powtarzając: Wstaję przed świtem i błagam, Panie, i ufam Twemu słowu„. Taką uwagę o porannej liturgii pozostawił swojej wspólnocie ojciec Pierre Marie Delfieux. A jakie słowo przyszło dzisiaj rano do mnie? „O Panie, nasz Panie, jak przedziwne jest Twoje imię na całej ziemi„. Psalm 8 jest chyba jednym z moich ulubionych. W brewiarzu możemy znaleźć genialny tytuł: „Wielkość Stwórcy i godność człowieka”.
To bardzo ważne, żeby patrzeć Jego oczami.

Tylko czy ja błagam o to, żeby patrzeć Jego oczyma? I czy ja ufam Twemu słowu? 

Dzisiaj zaufałem. I to był piękny dzień. Pan otwiera oczy ślepcowi, kiedy ten chce przejrzeć. Pragnienie, które prowadzi do nawrócenia. I od tego momentu chodzimy w świetle. A co na to dzisiejsza Ewangelia? Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. Szczęśliwi Ci, którzy widzą Pana. Błogosławieni, którzy widzą Jego dzieła, Jego łaskę, Jego obecność. Czemu jestem dziś szczęśliwy? Przecież nic wielkiego się nie wydarzyło: wspólna liturgia, bracia, zwykłe spotkania z (nie)zwykłymi ludźmi, ich otwartość, zaufanie, krótka konferencja o życiu zakonnym, muzyka, Chopin, kilka minut wspólnej adoracji połączonej ze śpiewem. To niby nic, a jednak każde z tych wydarzeń jest małą teofanią. Małą, ale jak bardzo znaczącą. I niby dalej jestem grzesznikiem, z wieloma wadami i przyzwyczajeniami. I może nie mam jednej nogi, bo gdzieś po drodze życie mnie poturbowało. Ale mam pozostałe trzy i błogosławieństwo Ojca, który mnie prowadzi (jeżeli Mu na to pozwalam). I mogę leżeć i płakać za jedną nogą, ale może lepiej wstać i biec do przodu na trzech łapach, skoro też się da? Ha! A jeszcze się z tego ucieszyć, że mogę biec.

W sumie życie, mimo całej skomplikowanej struktury, jest proste. „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom„. Nic ponad Ewangelię. A skoro prostaczkowie są w stanie zdobyć Królestwo Niebieskie, to znaczy, że każdy jest w stanie to osiągnąć. Bo przecież jesteśmy powołani do zbawienia. Tym samym jesteśmy powołani do szczęścia. Bóg powołując nas do istnienia dał nam również to, czego potrzebujemy. To dobry Ojciec, który wysłał nas w wspaniałą podróż. Ale jest kreatywnym Ojcem, który ma wiele dzieci i każde z nich wysłał w inne miejsce. Jako, że zna swoje dzieci to wie doskonale, gdzie je wysłać, żeby przeżyły wspaniałe chwile. Każdemu ze swoich dzieciaków przygotował plecak ze wszystkim, co będzie potrzebne. To będzie wspaniała przygoda. A po wakacjach wszyscy się zjadą do Domu i na wspólnym, wieczornym spotkaniu będą opowiadać niesamowite historie. A wiadomo, że każda dobra opowieść ma w sobie chwile grozy, niepokoju i niepewności. Każda świetna historia ma zaskakujące zwroty akcji. Ale każda taka gawęda pełna jest radości i szczęścia. Zawsze jest dużo śmiechu (nawet wtedy, gdy opowiadamy o trudnych i niebezpiecznych chwilach). I wszystko się kończy dobrze.
A samo spotkanie będzie trwało i trwało…