Nasze tegoroczne rekolekcje, jak większość zdarzeń ostatnich miesięcy, zostały naznaczone pandemią koronawirusa. Nie mogłyśmy spotkać się wspólnotowo, zatem odprawiłyśmy je indywidualnie, każda w swoim domu lub w wybranym miejscu, które zapewniało warunki sprzyjające wyciszeniu rekolekcyjnemu.

Potem były śluby. Odbyły się w gronie mniej licznym niż zwykle, ale za to w szczególnym miejscu, w kaplicy Matki Bożej Różańcowej dominikańskiej świątyni na warszawskim Służewie. Cztery osoby złożyły profesję wieczystą, jedna po raz pierwszy, dwie ponowiły śluby na kolejny rok.

Nasza najmłodsza konsekrowana, ta, która złożyła profesję po raz pierwszy, miała potrzebę serca, aby napisać list do Wspólnoty. Zgodziła się na zacytowanie jego obszernych fragmentów:

Na początku chciałabym podziękować wszystkim osobom za piękne życzenia – jestem przyjemnie zaskoczona taką ilością miłych słów. Dziękuję tym, które były na uroczystości. Dziękuję również, a może przede wszystkim, tym osobom, które polecały nas Bogu w głębi serca. Dla mnie każdy wyraz pamięci, każdy akt strzelisty ma znaczenie. 

Uroczystość była przepiękna. Może w tak trudnym roku Bóg szczególnie wynagrodził problemy – że były aż cztery śluby wieczyste i ponadto trzy czasowe. Ziarno wydało obfity plon w tym niełatwym czasie.

Myślałam, że będę składać śluby w kaplicy domu sióstr, i tak to sobie wyobrażałam, ale cieszę się jeszcze bardziej, że Bóg wybrał klasztor Służewiecki. Powróciłam do kaplicy Matki Bożej Różańcowej, by tam złożyć śluby. Jest to miejsce, w którym dawniej Mama wyprosiła mi wiele łask i po latach mogła wrócić razem ze mną. Już nie wspomnę o tym, że byłam też wolontariuszką w Żółkwi i że 13 lat temu odwiedziłam Matkę Bożą Różańcową w kościele podominikańskim na obecnym terenie Ukrainy. 

Dziś obudziłam się z poczuciem, że „wczoraj byłam panną a dziś mężatką”, jak to się śpiewa na weselu. Oczywiście w pewnym sensie.

Tak, dziś już jestem osobą konsekrowaną, może trochę się boję ale w pewnym sensie po to się urodziłam. Nie po to, żeby było łatwo, lecz żebym została świętą. To jest cel mojego życia. Nawet w katolickich rodzinach zbyt często życzymy dzieciom spełnienia marzeń a zbyt rzadko spełnienia woli Bożej w życiu. A marzenia okazują się złudne. Nie zawsze dane studia czy związek albo prestiżowa praca „to jest to”. Szukając samorealizacji, można się rozczarować i poranić. A jak podkreśla św. Teresa – Bóg sam wystarczy. Miłość zawsze ma ramiona krzyża ale Jego krew odradza.
Jeszcze raz dziękuję, pamiętam i polecam się Waszej pamięci.
Dziękuję, że jesteście.
Marylka

Dodam, że Marylka na początku swojego listu zacytowała zdanie Fiodora Dostojewskiego:
„Tu jednak zaczyna się już nowa historia, historia stopniowego odradzania się człowieka, stopniowego przechodzenia z jednego świata do drugiego, poznawania nowej, nieznanej dotychczas rzeczywistości…
Takie miała skojarzenie.” Celne, prawda?

Bogu niech będą dzięki za nieustannie i na nowo dawaną nam szansę „stopniowego odradzania się człowieka”, „poznawania nowej, nieznanej dotychczas rzeczywistości” oraz za to, że otwiera serca kolejnych szlachetnych osób, które odważnie i z miłością pragną iść za Nim „na przepadłe”.
I jeszcze za to, że pandemia nie przeszkodziła…

Anna Maria