Z dawnych lat pamiętam krzepką, pełną życia postać o zamaszystych ruchach i w znoszonych pionierkach. Płomienne kazania w kościele na Freta. Gromki śpiew Agios o Theos w Wielki Piątek podczas adoracji krzyża. Błyskawiczną akcję, gdy wyskoczył z konfesjonału, żeby odebrać konsekrowaną Hostię komuś, kto chciał ją ukradkiem wynieść z kościoła.

Nie pamiętam, kiedy straciłam Go z oczu. Poznaliśmy się bliżej, gdy pewnego dnia zjawił się niespodzianie u moich przyjaciół, z którymi spędzałam tydzień w Zakopanem. Wpadł na krótko i od razu zamiast w góry pojechaliśmy wszyscy do Ludźmierza. Zapadł mi w pamięć Jego zachwyt Matką Boską Ludźmierską, którą widział wtedy po raz pierwszy.

Potem były wykłady na Służewie (jakież rozczarowanie, gdy w cyklu „Oto Matka twoja” głosił konferencję ktoś inny, a nie On!), przejmujące rozważania drogi krzyżowej po okolicznych ulicach, zapoczątkowana przez Niego tradycja śpiewania Akatystu wieczorem w pierwsze soboty miesiąca.

Był niejako kwintesencją dominikańskości, łącząc pozornie przeciwstawne cechy: pełen ciepła i humoru, a w nauczaniu wymagający i czasem surowy; o wszechstronnym i żywym, ścisłym umyśle oraz rozległej kulturze humanistycznej; żarliwy i nieoszczędzający siebie, „uczący się po to, by przepowiadać w sposób święty”, „głoszący w porę i nie w porę”; dosłownie „pożerany gorliwością” o Boga i Jego życie w nas; rozmiłowany w Maryi i w modlitwie różańcowej. Nie gwiazdorzył, nie kreował się na autorytet, nie zabiegał o „fanów”, starał się nie przywiązywać do siebie ludzi. W przepowiadaniu nie ulegał duchowym i intelektualnym modom ani sympatiom czy antypatiom politycznym. Był Bożym wojownikiem. Kojarzył mi się z prorokiem Jeremiaszem, głoszącym trudne prawdy niekiedy wbrew sobie i swojej wrażliwości, płacącym za to wysoką cenę narażania się możnym tego świata. W tajemnice Boga-Miłości wnikał nie tylko duchowo i intelektualnie, ale też coraz głębiej cierpieniem. Walkę duchową długo prowadził słowem i piórem, w ostatnich latach życia stopniowo przechodząc od posługi słowa do fizycznych zmagań i coraz większego ogołocenia, jakby biorąc fizycznie na siebie zło świata i spalając się w walce. W ekspiacji?…

Na koniec każdego naszego (nieczęstego) kontaktu zawsze mnie błogosławił. Ufam, że Jego błogosławieństwo i słowa będą mi towarzyszyć przez resztę życia.

Wracam do homilii świętego Jana Pawła II z dnia beatyfikacji Karoliny Kózkówny, patronki dnia, w którym odszedł od nas Stanisław: nowego życia w Chrystusie „śmierć cielesna nie zniszczy. Śmierć oznacza nowy początek tego życia, które jest z Boga, które staje się naszym udziałem przez Chrystusa, za sprawą Jego śmierci i zmartwychwstania”.

Tak, to prawda. Ale nieprawdą jest, że nie ma ludzi niezastąpionych…

Vera