Pierwszy raz od lat w mojej parafii Msza święta prymicyjna. Prymicjant bardzo skupiony, spokojny, wygląda na bardzo dojrzałego. Znam go od lat, wieloletniego ministranta, długo dojrzewającego do podjęcia powołania.

Nasz wspólny przyjaciel życzył mu w homilii, „aby Maryja cię uczyła z delikatnością św. Jana Apostoła sprawować sakramenty, ale z odwagą św. Jana Chrzciciela głosić prawdę w sposób niezłomny”. I ja mu tego życzę: delikatności w obcowaniu z Bogiem, ze sobą i z innymi ludźmi, trwania przy Prawdzie także wtedy, gdy to kosztuje.

I jeszcze kilku rzeczy:

Wierności. Mądrej, zakorzenionej w sercu i umyśle. Przewrotnie dziś ośmieszanej w powtarzanym do znudzenia – zwłaszcza o księżach – powiedzonku („bierny, mierny, ale wierny”), a przecież wierność to fundament każdego wyboru, bez niej nie da się niczego zbudować.

Daru słowa. Słowa niekoniecznie błyskotliwego, przykuwającego uwagę tysięcy odbiorców, ale pokornego i miłosiernego. Zawsze mówiącego prawdę – tę obiektywną prawdę, która istnieje niezależnie od nas – prosto i jednoznacznie, zgodnie z Chrystusowym „tak, tak – nie, nie”.

Pokoju serca. Zwłaszcza gdy go spotka odrzucenie przez tych, do których będzie posłany, gdy będzie oskarżany o wszelkie rzeczywiste i domniemane zło Kościoła. Gdy w odpowiedzi na zaangażowanie i trud napotka obojętność. „Weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii mocą Bożą!” (2 Tm 1, 8).

Ducha mocy, miłości i trzeźwego myślenia (por. tenże 2 Tm 1).

Podczas błogosławieństwa prymicyjnego nie staję wśród konsekrowanych. Moje, nasze powołanie instytutowe jest powołaniem ukrytym. Ale i o sobie, i o moich współsiostrach mogę przecież powiedzieć to, co czytam na obrazku prymicyjnym Neoprezbitera: „Zostałem zdobyty przez Chrystusa Jezusa” (Flp 3, 12).

A życzenia kieruję także do wszystkich innych neoprezbiterów.

Vera