Kilka lat temu ktoś ze znajomych zwrócił moją uwagę na postać siostry Marii od Krzyża (Jeanne, czyli Joanny Jugan), francuskiej zakonnicy, założycielki Zgromadzenia Małych Sióstr Ubogich. Benedykt XVI kanonizował ją 11 października 2009 roku, ale „umknęła” mi wśród innych wtedy kanonizowanych, w tym słynnego ojca Damiana i „naszego” Zygmunta Szczęsnego Felińskiego. Co sprawiło, że ta postać tak zapadła mi w pamięć i w serce?

Joanna (1792-1879) miała wewnętrzne przeświadczenie, że Bóg chce ją całą dla siebie i dla dzieła, którego jeszcze nie założył. Tak odpowiedziała zakochanemu w niej młodzieńcowi, który poprosił ją o rękę. Pracowała jako pielęgniarka i wiodła pobożne życie, wciąż czekając na znak od Boga. Dobiegała już pięćdziesiątki, gdy pewnej zimy przygarnęła bezdomną, niewidomą i na wpół sparaliżowaną staruszkę. Odstąpiła jej własne łóżko i poszła spać na strychu. To był znak! Wkrótce zajęła się innymi chorymi i bezdomnymi, przyłączyły się do niej inne młode kobiety. Joanna zaczęła kwestować, czyli innymi słowy – żebrać. Nie istniały wtedy emerytury ani żadne zinstytucjonalizowane formy opieki nad starszymi ludźmi. Po czterech latach podopiecznych było już czterdzieścioro, a skromne stowarzyszenie kobiet przeobraziło się w zgromadzenie zakonne.

Podobnych historii w dziejach Kościoła jest wiele i choć towarzyszenie ludziom chorym i zmarginalizowanym, przeżywane w sposób radykalny, niezaprzeczalnie jest heroizmem, to w osobie Joanny, czyli siostry Marii od Krzyża, poruszyło mnie zupełnie coś innego.

Po kilku latach intensywnej i twórczej pracy, która zaskarbiała jej coraz więcej popularności i szacunku, wskutek intryg pewnego ambitnego księdza, siostra Maria została złożona z urzędu przełożonej i wróciła do kwestowania, a później przez wiele lat formalnie pozbawiona jakiejkolwiek funkcji, wykonywała proste prace w macierzystym domu zgromadzenia. Na czele tworzącej się wspólnoty zakonnej ów ksiądz postawił 23-letnią siostrę, ślepo mu posłuszną. Historia początków zgromadzenia została sfałszowana: siostra Maria miała być dopiero trzecią kolejną siostrą. Przez 27 lat, do samej śmierci, żyła w cieniu. Dziewczęta przychodzące do wspólnoty zakonnej nie miały pojęcia o tym, że cicha staruszka pracująca w bieliźniarni jest prawdziwą założycielką ich zgromadzenia.

Jak podają źródła, na niesprawiedliwość „Joanna odpowiedziała milczeniem, łagodnością i zawierzeniem”. Kiedyś z miłości odstąpiła swoje łóżko i oddała swój chleb. Teraz oddaje swoje dobre imię i – co dla niej cenniejsze – odpowiedzialność za swoje „skarby”, czyli za ubogich. Samą siebie uważa za „nic”, za „zero na ziemi”. Mówi, że chce być „mała, bardzo mała”. Nowicjuszkom lojalnie mówi, że założycielem zgromadzenia jest ksiądz, ten sam, który unieważnił jej wybór na przełożoną i zesłał ją na wygnanie… A jednocześnie oddziałuje na nie cichością, pokorą, pokojem serca. Samą swoją osobą przekazuje charyzmat i prawdziwego ducha początków zgromadzenia. Dopiero 25 lat po śmierci zostanie uznana za założycielkę i pierwszą siostrę w zgromadzeniu Małych Sióstr Ubogich.

Siostra Joanna jest dla mnie patronką nie tylko tych ludzi, którzy długo i w trudzie szukają swego powołania. Przede wszystkim uczy, jak zatrzymywać zło na sobie. I uczy, czym jest prawdziwe ubóstwo. Pokazuje, że życie święte to życie bez walki o „swoje”, bez budowania swojego wizerunku i lansowania siebie, bez stawiania „Copyright” na każdym swoim pomyśle czy dokonaniu. Trudna to dzisiaj nauka. Mam głębokie przeświadczenie, że gdyby Joanna stanęła do walki o swoją pozycję i dobre imię, znane dziś i prężne zgromadzenie Małych Sióstr Ubogich od dawna w ogóle by nie istniało.

We Francji jej wspomnienie przypada 29 sierpnia.

Vera