Wracam pociągiem z miasta położonego na przeciwległym krańcu Polski. Pojechałam tam z potrzeby serca, by odwiedzić chorą Współsiostrę z mojej Wspólnoty  – Świeckiego Instytutu Dominikańskiego z Orleanu. Noclegu udzieliła mi inna gościnna Współsiostra. W tej metropolii jest więcej „naszych”, każda z nich mieszka jednak osobno, prowadząc zwyczajne, świeckie życie i podejmując obowiązki zawodowe.

W przedziale, chcąc nie chcąc, jestem świadkiem rozmowy dwóch matek. Jedna ma dorosłą już córkę, niepełnosprawną intelektualnie w stopniu głębokim, która uległa wypadkowi i oczekuje na skomplikowaną operację ratującą przed porażeniem czterokończynowym. Druga z kobiet tuli córeczkę siedzącą na jej kolanach. Relacjonuje, że dziewczynka, choć bardzo drobna, ma już 6 lat. Niski wzrost jest spowodowany rzadką chorobą. Dziecko czeka szereg poważnych operacji ortopedycznych. Będzie się to wiązało z długotrwałym unieruchomieniem.

Nie włączam się w tę rozmowę. Dziękuję Panu Bogu, że trudności, których ja obecnie  doświadczam nie są ani w jednym procencie tak poważne, jak problemy moich towarzyszek podróży. Nie wiem, czy dałabym radę udźwignąć tak ciężki krzyż. Odruchowo, w myślach zaczynam się modlić w intencji tych kobiet i ich cierpiących dzieci. Takie dyskretne wsparcie osób, których trudny los poznałam, sama nie będąc rozpoznawalną jako świecka osoba konsekrowana. To przecież część mojego powołania…

Dominika