Ojciec Julian Różycki OP, kiedyś wieloletni misjonarz w Japonii, obecnie też misjonarz, tyle że tym razem w Czortkowie, napisał wspomnienie o swej ukochanej siostrze, Stanisławie (1932 – 1978). Ucieszył się, gdy zapytałam, czy mogę fragmenty zamieścić na blogu. Dokonałam więc subiektywnego wyboru i zamieszczam.

Dom

Staszka była jedną z czternaściorga rodzeństwa O. Juliana. Nie żyła dla siebie – napisał o niej. Żyła z myślą o innych. Potrafiła zawsze podbiec do naszej mamy do studni, wziąć od niej wiadra z wodą i przynieść do domu. Jej sobotnie przyjazdy do domu (z Krakowa do rodzinnych Olszyn – przyp. mój) były dla nas zawsze wielkim świętem. Pomimo zmęczenia po pokonaniu 12 kilometrowej trasy od stacji kolejowej potrafiła długo w noc barwnie opowiadać różne wydarzenia z jej życia. Wtedy nie było żadnej TV czy nawet radia.

Zawsze szliśmy razem w niedziele ponad 3 km pieszo na Msze św., w które moje cztery siostry włączały się aktywnym śpiewem. To chodzenie do kościoła było tak oczywistą sprawą, że nikomu nawet przez myśl nie przyszło, że można by nie pójść. Po powrocie z kościoła było też wspólne radosne przygotowanie posiłku, robienie pierogów połączone z odmawianiem Różańca, bo w czasie Sumy duchem i sercem łączyliśmy ze wspólnotą parafialną. Dzwon na Przeistoczenie wzywał całą parafię do wspólnego oddawania czci Zbawicielowi.

Mieszkanie

Gdy dostała przydział pracy jako nauczycielka w Krakowie była tym zaskoczona, bo marzyła jej się praca na skromnej placówce wiejskiej. Ale szybko wkomponowała się w wielkomiejskie otoczenie. Chociaż dostała przydział na wspólne mieszkanie, zaraz wzięła do siebie mojego starszego brata Edwarda. Po ukończeniu technikum, gdy zaczął już pracować przyszła kolej na mnie…

Zamieszkałem obok trzech kobiet. Siostra dostała przydział na pokój przejściowy z używalnością kuchni i łazienki. „Starsza Pani” (tak ją nazywaliśmy) była sparaliżowana i nie mogła chodzić. Razem z córką zajmowały pokój sypialny w głębi i były zmuszone przechodzić przez pokój – salon, do przedpokoju, a stąd do kuchni i dalej do łazienki. Były tak ubogie, że nie miały nawet na wózek inwalidzki. „Młodsza Pani” przesadzała matkę na krzesło i z wielkim szurgotem przewoziła przez przedpokój, kuchnię do łazienki.

W takim układzie siostra natychmiast zrezygnowała całkowicie z używania pokoju przechodniego i przeniosła się do kuchni, gdzie miała swój kącik. Pod ścianą obok okna łóżko, a między piecem kuchennym i łóżkiem była skrzynka na przybory do butów przykryta kocykiem. Ta skrzynka służyła za fotel, na którym siedziała i na niewysokiej etażerce poprawiała uczniowskie zeszyty często do drugiej, trzeciej po północy. Gdzie ja mogłem się tam jeszcze wcisnąć w ten świat trzech kobiet? W salonie był fotel – kanapa, którą rozkładałem na wieczór przed snem, a rano zwijałem pościel i kanapa stawała się fotelem dobrym do rozmów z gośćmi. Uczyłem się przy stole w salonie, a gdy przychodzili goście, uczyłem się w przedpokoju. W przedpokoju stała też szafa na garderobę dla siostry.

Wychowanie młodszego brata

Rano około 6-tej biegałem po świeże pieczywo do pobliskiej piekarni, a siostra codziennie szła na poranną Mszę św. do Księży Jezuitów. Przynosiłem także węgiel z piwnicy na trzecie piętro, pomagałem jak umiałem. Przeżyliśmy jakoś z biednej pensji mojej siostry, bo przywoziliśmy ze wsi od rodziców takie wiktuały jak ziemniaki, cebulę, jajka, które dźwigałem w siatkach od stacji do domu. Dostałem też rok później stypendium za dobre wyniki, co trochę podreperowało nasze skromne zasoby.

Pewnego razu nie za bardzo smakowała mi zupa. Gdy nie chciałem jeść, siostra mi powiedziała: „nie masz prawa grymasić, tylu ludzi głodowało w czasie wojny”. Od tamtego czasu nigdy nie mówię, że coś mi nie smakuje.

Drugi epizod związany był już ze zbliżającą się maturą. Była piękna majowa pogoda i w Święto Pracy, 1 Maja poszedłem się wykąpać w Rudawie. Zdradził mnie mokry ręcznik. Siostra się raz w życiu zdenerwowała: „to ja robię wszystko, abyś zdał maturę, a ty narażasz się na przeziębienie czy zapalenie płuc”? Słuchałem ze spuszczoną  głową. Nagle chlast, chlast – dostało mi się po twarzy. Ze łzami przeprosiłem, ale i siostra też się popłakała.

Szkoła i świadectwo wiary

Była bezkompromisowa w wyznawaniu swojej wiary. Po poświęceniu gromnic niosła z kościoła poprzez miasto zapaloną świecę, aby na odrzwiach mieszkania wysmolić sobie krzyż. Sprawa dotarła do dyrekcji. Na zebraniu rady pedagogicznej dyrektor nalegał, aby zrezygnowała z pracy w szkole. Broniła się tym, że nawet Cyrankiewicz, kiedy był w Indiach musiał zdejmować buty, gdy nawiedzał świątynie.

Dopowiem, że O. Julian nie mógł uczestniczyć w pogrzebie Staszki, zapewne nie tylko dlatego, że  do Japonii nie zdążyła jeszcze dotrzeć wiadomość o jej śmierci. Natomiast liczni uczestnicy pogrzebu z ust dyrektora szkoły (tego samego, który swego czasu koniecznie chciał się pozbyć religijnej nauczycielki), dowiedzieli się, kim była dla uczniów i jakie świadectwo dawała współpracownikom. „Skąd ty to miałaś, Stasiu?” – zapytał na koniec swego poruszającego przemówienia. Hm, może naprawdę nie wiedział, skąd ona TO miała?

Odejście

Odeszła niespodziewanie, po krótkiej chorobie, która dała o sobie znać w święto Przemienienia Pańskiego 1978 roku. Czy to ważny szczegół? Nie wiem, ale wiem, że tego dnia odszedł do Domu Ojca papież Paweł VI. Wyboru „papieża z Krakowa” Staszka już nie doczekała…
Do jej ukochanego brata, misjonarza w Japonii, porażająca wieść o śmierci Stanisławy dotarła 16 października – równocześnie z radosnym „Habemus Papam”… „Ofiarowała za ciebie swoje życie, a Pan przyjął jej ofiarę” – powiedział ojcu Julianowi jeden ze współbraci.

Pewnie tak… I może nie tylko za niego…

Anna Maria