W ostatnich tygodniach ubiegłego roku ukazał się znakomity tomik wierszy ks. prof. Jerzego Szymika z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, Dobre Wino. Z tego tomiku cytuję fragmenty datowanego na 2015 rok znakomitego listu do Karla Rahnera SJ, zmarłego ponad 30 lat wcześniej:

Czcigodny Ojcze,

piszesz:

„kto odważnie przyjmuje życie, ten już, nawet jeśli jest krótkowzrocznym pozytywistą, zakłada Boga, takiego, jakim jest On sam przez się, takiego, jakim chce On być wobec nas w miłości i wolności, czyli Boga wiecznego życia w boskim samookreśleniu. Ten bowiem, kto siebie prawdziwie przyjmuje, przyjmuje tajemnicę jako nieskończoną głębię, którą jest człowiek, przyjmując przy tym milcząco Tego, który zdecydował się wypełnić tę pustkę tajemnicy człowieka tajemnicą Boga” (ten i następne cytaty: K. Rahner, Czy wierzysz w Boga?, tłum. K. Napiórkowski, Poznań 2015)

oraz:

„milcząca rzetelność cierpliwości w obowiązkach dnia powszedniego też może być formą ‘chrześcijaństwa bez imienia’”.

Chyba wiem, co chcesz powiedzieć i jaką pragniesz dać ludziom pociechę. Ale przynosisz tym samym niepokój.

Piszesz:

„Jeśli ktoś taki uważałby się za ateistę i z troską myślałby, że nie wierzy, a konkretna nauka chrześcijańska wydawałaby mu się dziwna, powinien postępować dalej za światłem z samego wnętrza swojego serca; jest on wtedy na drodze do celu i Chrystus się nie obawia, że ktoś taki nie przyjdzie, również wtedy, gdy nie uda mu się przekształcić swojego anonimowego chrześcijaństwa w zadeklarowane”.

Ojcze, zapytam: a jeśli „wnętrze serca” jest podtrute lub zatrute? I co to znaczy „dziwna” (konkretna nauka chrześcijańska)? I czym albo kim jest tu „cel”? I czy aby źródłem z jakiego płyną Twoje słowa nie jest bardziej niż wiara chrześcijańska raczej optymizm (naiwny, mówiąc najłagodniej) lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku?

Piszesz:

„czy nie mogę powiedzieć, że mam prawo trzymać się światła, nawet jeśli jest niewielkie, a nie ciemności; szczęśliwości – zamiast piekielnych mąk mojego bytowania?”.

Możesz. Problem w tym, że Twoja wiara w człowieka wydaje się być większa niż Twoja wiara w Boga (nie mówię o Twojej osobistej wierze, mówię o dwóch wiarach-bohaterkach Twojego tekstu). Czy bierzesz pod uwagę, że niejednego Twojego czytelnika i ucznia może uwieść ten pogodny (światełko, szczęśliwość), na wskroś humanistyczny ton? Wystarczy być człowiekiem, pomyślą. To już i tak wystarczająco trudne. A „otwarcie na tajemnicę” może oznaczać wszystko. I nic.

Ojcze: teraz, trzydzieści kilka lat po Twojej śmierci – po strzelaninie w paryskim klubie Bataclan, w epoce Aleppo, w czasie kiedy nasze dzieci mają w sekundę niczym nieograniczony dostęp do najobrzydliwszej pornografii i łatwy do narkotyku, u początku cyberwojen, w erze postprawdy  – Twoje słowa o zaufaniu wnętrzu ludzkiego serca brzmią dwuznacznie. Oczywiście, znacznie gorzej brzmi ironia jako obrona przed złem, cienki i lipny pancerz liberalnego intelektu. Ale może tzw. anonimowe chrześcijaństwo to jedynie mydlana bańka, zepsuta zabawka z dawno zezłomowanego placu zabaw lat sześćdziesiątych, już dość dalekich od SS Truppen a jeszcze nie tak bliskich dziecięcych szwadronów śmierci. Choć, przyznajmy, Ojcze, kliniki aborcyjne, właśnie wtedy pracowały najpełniejszą w dziejach parą, a ból tam mordowanych nie był mniejszy niż ofiar napalmu z wietnamskiej wioski My Lai.

Że przesadzam, bo chciałeś łagodną ekumenią podbić serca wszystkich, bez wyjątku?

(…)

Więc może nie wystarczy być „prawdziwym człowiekiem”, żeby uratować siebie i świat? Może jeszcze trzeba prawdziwie szukać prawdziwego Boga. I żebrać o łaskę wiary w Niego i Jemu, a nie łudzić wyjącego za Nim serca „nieskończoną głębią tajemnicy człowieka”.

Zdaje się, że Waszemu pokoleniu zdarzało się mylić Ducha Świętego z duchem czasu, naszemu grozi to również, wiem, ale może najwyższa pora to przyznać, by nie powiększać szkód. Uczyliście nas bezgranicznej tolerancji i humanistycznej teologii, ale okazało się, że duch czasu nie jest najlepszym źródłem natchnień w sprawach Boskich i ludzkich.

Nie mam Ci niczego za złe. Wędrowałeś w półmroku, jak każdy.

Ale szedłeś na przedzie, prowadziłeś nas. Stąd ten list. By próbować zrozumieć.

Ojcze i Bracie: znam dobrze ten zawrót głowy, tę bezradność, to współczucie, które każe iść z bliźnim ramię w ramię.

I jestem wdzięczny. Cel mamy ten sam. Choć pójdę inną drogą.

Do widzenia. Najdosłowniej. Bo wierzę, że się spotkamy i wrócimy do tej rozmowy.

 

Lublin–Pszów, 16 listopada 2015 r. – 5 maja 2017 r.