Na osiedlowym podwórku czasami pojawiał się „cudak”, młody mężczyzna spokrewniony z sąsiadami. Od dorosłych trzymał się z daleka, kręcił się wokół dzieci. Niektóre z nich droczyły się z nim, krzycząc: „zdejmij majtki”. Jakoś dziwnie się nie obrażał. Dzieci wiedziały, że trzeba trzymać się od niego z daleka. Zawsze zdawało się nam, że dorośli uważniej obserwują podwórko, gdy on się pojawiał.

Jako chłopiec tylko raz znalazłem się w niebezpiecznej sytuacji. Podczas wakacji na Mazurach, płynęliśmy z Mamą wycieczkowym statkiem po którymś z jezior. Ciekawy wszystkiego, szperałem po całym statku. Na rufie, gdzie nie było nikogo, zagadnął mnie stojący tam marynarz, po czym – otwierając luk do kubryka – zapytał, czy chcę zobaczyć, jak mieszkają marynarze. Zajrzałem w dół: strome schody, w półmroku kilka piętrowych koi, pościel w nieładzie. Grzeczność nakazywała skorzystać z zaproszenia.

Pamiętam wyraźnie tę chwilę sprzed 40 lat; nagle jak błysk poczułem w powietrzu coś bardzo niebezpiecznego i obrzydliwego. Niewidzialna ręka sprawiła, że szybko odwróciłem się na pięcie i wróciłem na pokład turystyczny. Kiedy opowiedziałem Mamie o spotkaniu z marynarzem, na jej twarzy pojawił się paniczny strach – nie do końca rozumiałem jego przyczyny. Nalegała, żebym jej pokazał tego marynarza, ale właśnie dotarliśmy do portu, a marynarz zniknął.

W szkole podstawowej i w parafii nie czułem się nigdy zagrożony. W szkole średniej mówiło się o jakimś romansie nauczycielki z uczniem, ale to działo się gdzieś daleko.

Poczucie zagrożenie wróciło dużo później. Już jako dorosły mężczyzna i ksiądz musiałem się nauczyć, że w niektórych spotkaniach (zawsze poza klasztorami dominikańskimi), kiedy ktoś przepuszcza mnie przed sobą przez drzwi, przechodzę asekuracyjnie bokiem, żeby nie odwracać się tyłem do towarzysza. Zdarzało się, że ręka przyjaźnie poklepująca mnie po plecach, nagle dziwnie znajdowała się gdzieś w okolicach pośladków. Nadużycia wobec mężczyzn? To już inna historia, a poza tym – o tym nie można mówić nikomu.