Szczebrzeszyn – miasto festiwalu Stolica Języka Polskiego – w tym roku zauważył brak Ludki i Henryka Wujców. Byli obecni co roku, zawsze razem i Henryk zawsze ze swoimi nieodłącznymi siatkami, torbami. Henryk wracał, kiedy tylko mógł, na Roztocze. Bo tu pod Biłgorajem się urodził chodził do szkół, stąd wyruszył w wielki świat na studia. Ale często wracał.
Wielokrotnie w Biłgoraju się spotykaliśmy. Także na debatach oksfordzkich szkół średnich. Bywaliśmy wspólnie jurorami. Ale także w Nadrzeczu u Szmidtów.
Teraz w Szczebrzeszynie pojawił się niepokój – Henryk ciężko chory. Tak naprawdę walczący z ciężką chorobą. I pojawiła się idea, aby odprawić za niego mszę. Agnieszka i Rafał Zakrzewscy przypomnieli, że Heniu często w trudnych sytuacjach odwoływał się do modlitwy. Udało się wszystko dopiąć i w czwartek 13 sierpnia kościół w Warszawie na Piwnej był pełen. Jak ktoś napisał, przyszli sami przyzwoici ludzie. Dawna opozycja, dzisiejsi działacze sektora organizacji obywatelskich i samorządowych. Piękna Polska oddolna, właśnie obywatelska, której Henryk był twarzą od lat. Ikoną.
W Lublinie spotykaliśmy się w ostatnich 20 latach wielokrotnie. Wpadał, był specjalnie zapraszany, nigdy nie odmawiał. Razem z Ludką przyjęli Nagrodę im. Zbigniewa Hołdy. Jak zawsze skromni, wycofani.
Był Henryk chrześcijaninem, który jak Janek Lityński teraz zauważył, odczytywał ewangelię nie w kategorii dogmatów, ale etycznego nakazu. Zawsze po stronie słabszych, wykluczonych, marginalizowanych. Od czasu KOR-u i też wcześniej, przez KIK, głodówkę u św. Marcina, „Solidarność”, tę pierwszą, Okrągły Stół, wolną Polskę. W książce, której nie udało się wydać za jego życia, we wstępie napisał, cytując Zbigniewa Herberta:
„Idź, dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę…”.
I mówił o Tajemnicy, jaką jest człowiek, i że wchodzi w nią w tym ostatnim okresie życia. Pytał Henryk: „Kim jestem?”, I dodawał: „To było zawsze i cały czas najważniejsze pytanie, na które szukałem odpowiedzi od dziecka”. Imperatyw etyczny ewangelii, przenikał się z Tajemnicą ludzkiego istnienia.
Henryk przeszedł przez życie pięknie, odważnie i pozostawił ślad. Nie był obojętny na ludzi, był niepokorny wobec zła, które spotykał, i po prostu lubił ludzi. Lub można to powtórzyć z chrześcijańskiej perspektywy: kochał ludzi.
My idziemy dalej, jakąś chwilę, dłuższą lub krótszą, i poniesiemy ideały Henryka, każdy na swoją miarę wrażliwości i umiejętności czytania śladów, które inni – Henryk, Ludka – pozostawili.
Wyborcza 16.08.2020.