Takiej Polski już nie ma. Po 1945 roku, po zakończeniu II wojny światowej powstała Polska, której nigdy nie było. Kraj pozbawiony wszelkich mniejszości. 3,5 miliona Żydów, obywateli tego kraju, zginęło w czasie holokaustu. Przesunięta została granica, a na wschodzie pozostały miliony Ukraińców, Białorusinów, dawnych obywateli Rzeczpospolitej. Także mniejszości niemiecka i litewska pozostały poza granicami Polski nowej. Była też owa, przedwojenna Polska zróżnicowana religijnie i wyznaniowo. Wyznawcy judaizmu, prawosławni, grekokatolicy, protestanci  stanowili jej duży procent. Takiej Polski już nie ma. A ta, co powstała, chlubiła się swoją jednorodnością. Co z tego na dziś wynika, to już inna sprawa. Uniesienie różnorodności w codzienności dzisiejszej Polski, to trud, i często jakże marny. Świat jest pluralistyczny, a my nie umiemy żyć w owej różnorodności.

Dlatego takie książki jak ta: „Rowerem poprzez II RP”. Niezwykła podróż po kraju, którego nie ma. Reportaż z 1934 roku czyta się jak odkrywanie dalekich mórz. Autor, angielski podróżnik Bernard Newman. Objechał Polskę po jej krańcach. Trochę jakby słuchał marszałka Piłsudskiego – że Polska jest jak obwarzanek. To co najlepsze na krańcach. Newman zaczyna podróż w Gdańsku i jedzie przez Wielkopolskę wzdłuż granic południowej i wschodniej. Relacja jest skreślona dla Anglików, ale dziś czyta się ją z olbrzymim zaciekawieniem. Zarówno opinie o nas, jak i obserwacje. O księżach, „…gdy człowiek trafi między duchownych, to albo jest przeraźliwie znużony, albo szampańsko się bawi. Stan pośredni nie istnieje”. Takie perełki są o każdym stanie i o wielu środowiskach. Choć autor, reporter, wolał wybierać spotkania z prostymi ludźmi, niż z inteligencją, to jednak i jedni i drudzy zostali tutaj dostrzeżeni. Świat Żydów, Ukraińców, Litwinów, chłopów polskich. Miasta wielkie jak Poznań, Warszawa, Łódź, Lwów, Wilno, i małe wioski czy przysiółki, i te drogi po których jechał rowerem. Malowniczy świat, który nie istnieje i już nie wróci, zatrzymany okiem podróżnika, który miał porównanie z wieloma krańcami Europy i świat, który też już odwiedził na rowerze, np.  Rumunia. Jedna z owych perełek: „Była pora zbierania ziemniaków. Wykopki to praca kobiet – mężczyźni zwożą zbiory z pola. Całe gromady spokrewnionych wieśniaczek zbierają się na ten doroczny obrządek. Kiedy próbuję przywołać mentalny obraz Polski, przychodzą mi na myśl nie wspomnienia Warszawy, Krakowa, czy Tatr, lecz scena, którą widziałem po sto razy dziennie – dwadzieścia bosonogich kobiet ustawionych tyralierą, wypiętych w moją stronę szerokimi zadami, gdy pochylały się nad zagonami ziemniaków. To jest Polska”.

I trzeba dodać, Polska, której już nie ma. Z wysokości roweru widać inaczej, ale czy nieprawdziwie? Warto tę opowieść przeczytać, aby dostrzec, że dar dostrzegania, zaciekawienie i umiejętność obserwowania i słuchania, pozwala człowiekowi obcemu, ale czy tylko, na syntezę, która po latach jest ciekawa i dla potomków tych, których wtedy spotkał. Dobrej lektury, bo warto.

„Monitor szczeciński”.