Wojna jest barbarzyństwem. Wszelkie konflikty zbrojne zawsze dotykały bezbronnych, ofiarami padały postronne osoby, najsłabsi. Od wieków brano zakładników, którzy stawali się często kartą przetargową. Nie inaczej jest na naszej wschodniej granicy z Białorusią w tych dniach.

 

Wojsko po jednej i po drugiej stronie. Mężczyźni uzbrojeni po zęby, a w środku kilkadziesiąt wystraszonych osób. Mężczyźni, kobiety i dzieci. Uchodźcy, uciekinierzy ze swych domów, które są bardzo daleko. Konflikt w Afganistanie przyśpieszył procesy.

Uchodźcy stanęli u naszych granic. To już nie są łodzie przybijające do brzegów Włoch czy Grecji. To nie dalekie Morze Śródziemne. To lasy Podlasia i co najwyżej Bug.

Do tej pory niewiele jest wypowiedzi biorących w obronę uchodźców ze strony naszych biskupów katolickich. Ktoś zauważył, że jedyny biskup oprócz protestanckiego biskupa Samca, który zabrał głos publicznie, to ojciec Maciej Biskup, dominikanin. W niedzielę o uchodźców upomniał się też przedstawiciel Episkopatu – biskup Krzysztof Zadarko. Papież Franciszek, gdy kryzys uchodźców dotknął południe Europy, posłał swojego jałmużnika, kardynała Konrada Krajewskiego, skądinąd Polaka, aby pomagał tym biednym, wystraszonym ludziom. Także aby zaopiekować się ciałami tych, którzy nie dotarli do „raju Europy”. W niedzielę w kościołach i cerkwiach mówiono wiele kazań. Lecz wydaje mi się, że przyjazd na granicę do tych ludzi, o których toczy się bój graniczny, arcybiskupa z Białegostoku, katolickiego i prawosławnego w towarzystwie imama, to byłoby najlepsze kazanie.

Często powtarza się słowa, „że to człowiek jest drogą Kościoła” – Jana Pawła II. Teraz, powtarzając słowa moich młodych przyjaciół, mogę powiedzieć: „sprawdzam”.

Brak reakcji chrześcijańskiej, w słowie i praktyce, jest zgorszeniem. Ale też jest interpretowany tak, że ludzie Kościoła nie chcą się narazić władzy. Czyli dobre relacje z władzą przeważają na szali, można dopowiedzieć, przegrywają z człowiekiem w potrzebie. Mnie, zwykłemu księdzu, dominikaninowi, jest wstyd. Chcę publicznie zapytać, co się z nami, chrześcijanami, dzieje.

Na przełomie 1938 i 1939 roku był podobny kryzys na zachodniej granicy, w Zbąszyiu. Niemcy przepchnęli do Polski kilka tysięcy Żydów. Państwo też nie zdało egzaminu. Gminy żydowskie i rodziny niektórych krewnych wzięły do siebie. Lecz ludność miejscowa pomagała, jak mogła, godnie organizując na kilka miesięcy życie uchodźców. Choć poglądy antysemickie mogły być tutaj przeszkodą.

Marian Turski mówił w Auschwitz: „Nie bądźmy obojętni”. Teraz ta sytuacja się powtarza. Dla nas, chrześcijan, jest to papierek lakmusowy naszej wiary i miłości w praktyce. Obyśmy nie obudzili się w nocy, gdy sumienie nie pozwoli nam spać. Bo odkryjemy, że to Chrystus w tych ludziach do nas pukał. A myśmy go nie poznali.

Pasterze mojego Kościoła, proszę, żyjmy Ewangelią, nie kalkulacjami, nie obojętnością, nawet nie roztropnością i wyważaniem racji. To człowiek jest drogą Kościoła. Możemy bardzo wiele.

„Gazeta Wyborcza ”