W tych dniach marszałek zachodniopomorski Olgierd Geblewicz powiedział otwierając w Książnicy Pomorskiej nowy cykl debat Otwarta społeczność: „Pomorze Zachodnie to taka ziemia, na którą każdy skądś kiedyś przybył. W tym, czy poprzednim pokoleniu”. I coś w tym jest.

Dziś, kiedy kryzys uchodźców dotarł do naszej granicy z Białorusią, warto znowu przypomnieć czas, kiedy Polska w 1949 roku przyjęła uchodźców politycznych z Grecji. I to właśnie tutaj, na Pomorze Zachodnie, dotarła pierwsza grupa około 2 tysięcy rannych, często po operacjach lub w czasie leczenia. Utworzono dla nich specjalny szpital polowy w Dziwnowie. W tym samym czasie ponad 3 tysiące osieroconych dzieci trafiło do domów dziecka, głównie w Policach. Ogólna liczba greckich emigrantów z tamtych lat sięgnęła14 tysięcy ludzi. Do dziś ich potomkowie zamieszkują Polskę, także w Szczecinie i okolicy występują greckie nazwiska.

Potomek ówczesnych emigrantów Dionisios Sturis, polsko – grecki dziennikarz, opisał te emigracje w swojej znakomitej książce „Nowe życie”, WAB.

Zapytany o uchodźców greckich powiedział : „Grecy nie poznali, co to dyskryminacja lub otwarta niechęć. Nie atakowano ich, choć mówili w innym języku, mieli nieco ciemniejszą skórę, gęste, czarne włosy, nieco odmienne rysy. Przeciwnie – ich egzotyczna uroda bardzo się podobała. Nie słyszałem, by na dansingu Polak zaczepił Greka, bo ten tańczył z Polką; albo żeby ktoś miał pretensję, że Grecy rządzą bieszczadzkim Krościenkiem. Ani żeby  ktoś się awanturował, ponieważ Grekowi z Pafawagu nie powinna przysługiwać premia za wyrobienie 200 proc. normy. Żaden partyjny sekretarz nie straszył pasożytami, które mogą roznosić uchodźcy”.

Dalej Sturis powie też: „Nikt nie pytał Polaków, czy chcą mieć za sąsiadów uchodźców z Grecji. Nie dzwonili do nich ankieterzy, którzy szykowali sondaż. Cała akcja przyjmowania uchodźców przez jakiś czas była trzymana  w tajemnicy. A gdy Polacy zorientowali się w końcu, kogo mają na ulicy, kto wprowadził się do mieszkania obok, zachowywali się jak należy. Nauczyciele, wychowawcy w ośrodkach, lekarze, pielęgniarki, pracodawcy – wszyscy oni kazali przybyszom troskę i zrozumienie”. Zapytany w końcu dziennikarz, potomek tychże uchodźców, czy ma jakąś odpowiedź, dlaczego tak było kiedyś a nie dzisiaj, powie: „Być może lepiej pamiętaliśmy, czym jest wojna, jakie dramaty potrafi na człowieka sprowadzić. W tamtych trudnych czasach chyba nie miało znaczenia, że jesteśmy biedni. Ważniejsze było przekonanie, że ofiarom wojny należy pomagać i dzielić się z nimi tym, co się ma”.  Do tych gorzkich słów dodałbym, że komuniści potrafili pomóc komunistycznym ofiarom wojny domowej. Pierwszego konfliktu „zimnej wojny”. Dziś, my chlubiący się, że jesteśmy chrześcijanami,  w drugim, potrzebującym pomocy nie dostrzegamy ofiary, uciekającej często całymi rodzinami, z małymi dziećmi, z terenów konfliktów zbrojnych.

Co się z nami stało, czy tylko pamięć osobistej tragedii, bo blisko był czas II wojny światowej jest tu wytłumaczeniem? Wątpię i po prostu wstydzę się za moich wielu rodaków i współwyznawców.

Mieszkańcy Dziwnowa, Polic, Szczecina i wielu miejscowości w Polsce zdali wtedy egzamin z człowieczeństwa i chrześcijaństwa, my dzisiaj niestety nie.

„Wyborcza Szczecin”