„Głoś tak, jak żyjesz; żyj tak, jak głosisz”. Jest to parafraza starożytnej maksymy etyczno-moralnej, obecnej w różnych kulturach i religiach, która w swej istocie sprowadza się do postulatu, aby własne życie i własne czyny nie pozostawały w sprzeczności z wypowiadanymi słowami. O ile w przypadku osób publicznych – polityków, autorytetów, rozmaitych liderów itd. – zasada ta bywa oczekiwana przez „zwykłych ludzi” jako coś oczywistego, o tyle w przypadku autorytetów moralnych, takich jak chociażby chrześcijańscy kaznodzieje, tym bardziej powinna ona obowiązywać.
Kazanie kaznodziei jest jak jego strój, a więc czymś zewnętrznym. Słowa kaznodziei są tym, co inni słyszą, podobnie jak jego odzienie jest tym, co inni widzą. Dotyczy to również stroju kapłana czy zakonnika, który przyciąga uwagę, ale jednocześnie rodzi określone oczekiwania. Zazwyczaj oczekiwania te są bardzo wysokie. Jeśli ktoś nosi określony strój duchowny, oznacza to, że jest „osobą duchowną”, że żyje według pewnych wartości duchowych, które równocześnie głosi innym. Zewnętrzny słuchacz ocenia kaznodzieję przede wszystkim na podstawie jego słów, a jeśli nie ma możliwości głębiej poznać jego życia osobistego, na tym poziomie poznania pozostaje. Innymi słowy, ufa temu, co słyszy w kazaniu oraz temu, co widzi, patrząc na strój osoby duchownej.
Często jednak zdarzają się kazania prezentujące niski poziom: językowy, teologiczny, formalny, a niekiedy nawet treściowy. Jest to jednak inny temat, gdyż tutaj mowa o kazaniach „idealnych”, to znaczy takich, w których wszystko jest nienaganne i do których nie sposób się „przyczepić”, pozostaje jedynie „zachwycać się i chwalić” przygotowane słowo, „profesjonalizm” oraz za trafne duchowe pouczenie dla wiernych. Znanymi przykładami takich kazań mogą być homilie Ojców i Doktorów Kościoła, a nawet – w jeszcze większym stopniu – przepowiadanie Apostołów.
W tym miejscu pojawia się moment interesujący i zarazem paradoksalny. Wydaje się, że nikomu z wiernych nie przychodzi do głowy podejrzewać, iż słowa któregoś z Ojców Kościoła mogły nie odpowiadać jego życiu osobistemu. Na jakiej podstawie? Na podstawie zaufania: czy to do jego autorytetu, czy do faktu ogłoszenia go świętym Kościoła, czy do przekonania o „wyższości” dawnych czasów w porównaniu ze współczesnymi itd. Podobnie istnieje zaufanie wierzących – nawet jeśli mniejsze niż wobec Ojców Kościoła – do osoby kaznodziei, który dziś do nich przemawia, że „głosi tak, jak żyje”. Przynajmniej wierni bardzo by tego pragnęli, chyba że ktoś wyjątkowo wyraźnie oddziela osobę i jej życie od słów kazania, które ta osoba głosi, i nie ulega aż tak silnemu „zgorszeniu” życiem kaznodziei. Większość jednak takiego rozróżnienia nie dokonuje.
Warto jednak zachować realizm i nie brać pobożnych życzeń za rzeczywistość, nawet w odniesieniu do „superduchowych” kaznodziejów, a nawet do Ojców Kościoła czy świętych. Większość bowiem ocenia życie danego Ojca Kościoła nie tylko na podstawie jego żywotów, lecz także jego kazań, zwłaszcza tych o charakterze moralno-dydaktycznym. Tym bardziej że większość żywotów świętych powstawała później i była naznaczona wyraźnie idealistycznym oraz pochwalno-ozdobnym zabarwieniem. Tymczasem lektura żywotów świętych i Ojców Kościoła nie tylko w hagiografiach, czyli w „Żywotach świętych”, lecz także w krytycznych źródłach historycznych, pozwala często dostrzec ludzkie słabości danego świętego czy Ojca Kościoła. Pojawiają się tam różnego rodzaju intrygi – kościelne, a nawet polityczne – a także czyny małostkowe czy akty zemsty, które wzajemnie sobie wyrządzali nasi święci, a które bardzo słabo korespondowały z ich moralno-ascetycznym przepowiadaniem. Nasuwające się proste wrażenie i wniosek z tego wszystkiego jest taki, że kazania dotyczą tego, co Boskie, natomiast życie dotyczy tego, co ludzkie.
Można nawet sięgnąć do samych podstaw i stwierdzić bez obawy, że niektóre kazania Apostołów niekiedy przerastały samych Apostołów. Widać to chociażby w licznych sporach między nimi oraz we wzajemnych napomnieniach, opisanych na kartach Dziejów Apostolskich: czy to wtedy, gdy Paweł upominał Piotra, czy to wówczas, gdy inni Apostołowie spierali się między sobą o sposób sprawowania apostolstwa, czy też wtedy, gdy jeden Apostoł głosił wraz z innym, a następnie – po konflikcie – ich drogi się rozchodziły. Nie brakowało również wzajemnych anatem pomiędzy przywódcami Kościoła pierwotnego (co później stało się w Kościele praktyką dość powszechną). Nawet czysto teoretycznie zapominamy czasem, że Apostołowie byli również słabymi i grzesznymi ludźmi, którzy – podobnie jak późniejsi kaznodzieje – mogli mówić o ideałach, sami zaś nie dorastać do nich. Ewangeliści nie obawiali się o tym pisać, na przykład wtedy, gdy przytaczają słowa Piotra o jego gorliwości i wierności Nauczycielowi, a następnie opisują jego zaparcie się, czyli niezgodność życia z głoszonym wyznaniem.
Jedynym kaznodzieją, którego życie nie tylko dorównywało Jego przepowiadaniu, lecz wręcz je przewyższało, był Jezus Chrystus. On pozostaje stałym, doskonałym wzorem kaznodziei, nieosiągalnym i niezrównanym. Jest to stwierdzenie pozornie oczywiste, a zarazem niezwykle lapidarne w swej wymowie: żaden inny kaznodzieja – począwszy od Apostołów, poprzez świętych, Ojców Kościoła, mistyków i teologów, ojców duchownych czy rekolekcjonistów, aż po wszystkich współczesnych – nie dorasta w swoim życiu do poziomu własnych, dobrych pouczeń moralno-etycznych. Często nie tylko „nie dorasta”, lecz znajduje się od tych ideałów moralno-etycznych bardzo daleko. Gdy zaś niektórym wiernym „otwierają się oczy”, na przykład, gdy ujawnione zostają skandaliczne fakty z życia „idealnego kaznodziei”, zwłaszcza jeśli dotąd postrzegano go nie jako grzesznego głosiciela, lecz jako „drugiego Chrystusa” (alter Christus), jako „osobę Bogu poświęconą”, jako „świętego kapłana”, wówczas zwątpienie i rozczarowanie, a niekiedy nawet kryzys wiary w Boga, ujawniają się ze szczególną siłą.
Owszem, na szczęście zdarzają się kaznodzieje, którzy w swoim życiu niemal dorastają do ideałów własnego przepowiadania. Są też tacy – nazwijmy ich bardziej „skromnymi” – którzy, świadomi własnej słabości, nie starają się nadmiernie podnosić poprzeczki wymagań w swoich kazaniach, głosząc raczej „o Bogu” aniżeli o „wymaganiach Boga” wobec wierzących. Są jednak, niestety, i tacy, którzy – nie zważając na „belkę we własnym oku” – z całych sił próbują wyciągać „drzazgę z oka bliźniego”, to znaczy wiernych. Co z tym wszystkim uczynić? Jak się do tego odnieść? Czy jedynie oburzać się i rozczarowywać, jeśli chodzi o relację wiernych do ich pasterzy i kaznodziejów, czy też po prostu pogodzić się z tym, że tak już jest i nic się nie zmieni, jeśli chodzi o samych kaznodziejów? W końcu nikt poza Jezusem Chrystusem nie dorastał swoim życiem do własnych słów pouczenia.
Wierni nie powinni żyć w wielkiej iluzji wobec kaznodziejów ani bezkrytycznie opierać się na nich bardziej niż na Chrystusie, którego naukę ci kaznodzieje głoszą. W najgorszym wypadku aktualne pozostają słowa Chrystusa skierowane do słuchaczy, gdy mówił o uczonych w Piśmie i faryzeuszach: „Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam powiedzą, lecz nie postępujcie według ich uczynków. Mówią bowiem, a nie czynią. Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, sami zaś palcem ruszyć ich nie chcą” (Mt 23, 3–4). Wierni powinni wyraźnie odróżniać „głoszonego Boga i Jego wolę” od „kaznodziei i jego życia”. Niestety, często te dwie sfery nie pokrywają się, jednak wiara w moc Ducha Świętego, który może działać nawet przez narzędzie niedoskonałe, a więc przez grzeszników, powinna dominować. Wiara ta nie jest jednak łatwa, gdyż – jak mawiali już starożytni Rzymianie – Verba docent, exempla trahunt, „Słowa pouczają, lecz czyny pociągają”.
Kaznodzieje natomiast, niezależnie od takiego czy innego stanu rzeczy, jeśli chodzi o poziom ich własnego życia, nie mogą się z nim pogodzić ani – tym bardziej – do niego przyzwyczaić. Kazanie na Górze, czyli ewangeliczny ideał, nie zostało ogłoszone wyłącznie jako czysta teoria ani po to, aby „nikt i nigdy nie mógł do niego dorosnąć” (niektórzy komentatorzy właśnie w ten sposób interpretowali Kazanie na Górze jako ideał nieosiągalny). Faktyczny stan rzeczy, jeśli chodzi o poziom moralny kaznodziei w relacji do moralno-etycznych wymagań jego własnego przepowiadania, nie powinien prowadzić do zgody na ten – często smutny – fakt, lecz stanowić nieustanne wyzwanie i swoisty „krzyk” skierowany do samego siebie, zaczerpnięty z mądrości ludowej: Medice, cura te ipsum – „Lekarzu, ulecz samego siebie” (por. Łk 4, 23). Tej choroby nie wolno zaniedbywać ani się z nią godzić. Nie można też z drugiej strony powiedzieć sobie, że skoro zdecydowana większość kaznodziejów nie tylko nie dorasta do poziomu wymagań własnego przepowiadania, lecz wręcz pozostaje daleko poniżej, to nie warto niczego naprawiać, bo i tak się nie uda.
Nie chodzi o to, aby kaznodzieja osiągnął moralny poziom Jezusa Chrystusa. Chodzi natomiast o to, aby zaczął wyzwalać się z sideł faryzejskiej obłudy. Aby przede wszystkim sam przed sobą uznał, że jego niezgodność z własnym przepowiadaniem stanowi problem – i to problem poważny. Aby uznał, że jego odpowiedzialność wobec innych, to znaczy wobec wiernych, jest wymogiem ewangelicznym, a nie jedynie „pobożnym życzeniem”. Aby zrozumiał, że konieczna zgodność słowa i życia wypływa z wiarygodności głoszonej Ewangelii w oczach wiernych. Tak, nigdy nie będzie to zgodność stuprocentowa, jednak powinna ona nieustannie wzrastać poprzez ciągłe nawrócenie, pokorę, uczciwość wobec siebie i innych, poprzez stałe dążenie do upodobnienia się do Chrystusa dzięki Jego łasce. Wówczas hasło „Głoś tak, jak żyjesz; żyj tak, jak głosisz” nie pozostanie fantastyką, lecz stanie się gorącym pragnieniem. Jest ono bowiem również pragnieniem naszego Ojca niebieskiego wobec tych, przez których On sam przemawia do swoich dzieci.
***
Tłumaczenie z języka ukraińskiego: autor artykułu