Dzis mija 9 rocznica smierci Krystyny Feldman. Ilez wspaniałych chwil przezytych razem. Poniżej mój tekst z Tygodnika Powszechnego ze stycznia 2007 roku.

Festiwatl tysiąca i jednego epizodu.

To zdumiewające. Krystyna Feldman, która w swoim małym poznańskim mieszkaniu nie miała żadnych urządzeń ułatwiających życie, pralki, lodówki ( powtarzała: „Po co mi jednej , takie maszyny „), wezwała mnie do napisania tego wspomnienia z zaświatów przez internet…

Przez ostatnich 12 lat mogłem doświadczać na różny sposób i w różnych miejscach jej prostej, serdecznej życzliwości. Wielokrotnie przyjmowała moje zaproszenia i uczestniczyła w pomysłach, które razem realizowaliśmy. Programy telewizyjne, debaty, konwersatoria i spotkania z widzami, promocje książek. Była częstym gościem naszego poznańskiego klasztoru, gdzie opowiadała o teatrze i o ludziach, których spotkała w życiu. Niezapomniane pozostaną wspólne harce przy ognisku w Krosinku pod Poznaniem czy na fermie u Aleksandra Tecława, gdzie z naszymi afrykańskimi przyjaciółmi, noszona na rękach przez potężnych mężczyzn, śpiewała piosenki, których ich nauczyła. Na przykład: „Nie ma jak Lwów”.

Kiedyś jechaliśmy razem samochodem do Bydgoszczy i pytaliśmy ją z Andrzejem Lajborkiem – wiedząc, ile ma lat – co pamięta z najwcześniejszego dzieciństwa. Więc opowiadała, jak się bawiła w piaskownicy z Władysławem Łokietkiem. Kiedy oponowaliśmy – wspominała, jak była markietanką pod Grunwaldem. Miała dystans do swojego wieku i humor prawdziwie piękny. Kolejnym jego przykładem była wspomniana na początku fraszka.

Ktoś, wspominając ją w tych dniach, powiedział, że „zawód aktora ma to do siebie, iż jest ulotny, wszystko pozostaje tylko w pamięci…”. Nie można o niej pisać, nie wydobywając z pamięci tej niekończącej się serii epizodów. Tak też nazywa się książka, napisana wspólnie z Tadeuszem Żukowskim: „Krystyna Feldman albo festiwal tysiąca i jednego epizodu”.

***

Urodziła się we Lwowie w 1920 r. – choć po jej śmierci pojawiły się głosy, że była jeszcze o kilka lat starsza. Była córką małżeństwa aktorów, uwielbianego we Lwowie Ferdynanda Feldmana i Katarzyny z Sawickich. Dzieciństwo spędziła najpierw w Krakowie, gdzie ojciec grał w Teatrze Słowackiego, a matka w Teatrze Muzycznym przy ul. Rajskiej. Potem było Zakopane i znowu Lwów, a po II wojnie światowej Katowice, Szczecin, Łódź, Nowa Huta, Jelenia Góra, Opole i przez ostatnie 30 lat Poznań, gdzie od władz miasta dostała pierwsze w życiu mieszkanie. W 1946 r. wyszła za mąż za dużo starszego od siebie aktora Stanisława Brylińskiego. Mąż zmarł w Łodzi w 1953 r.

Grała w niezliczonej ilości przedstawień teatralnych, począwszy od 1937 r. we Lwowie u Janusza Warneckiego, a potem m.in. u Leona Kruczkowskiego, Aleksandra Bardiniego, z którym przyjaźniła się kilkadziesiąt lat, Janusza Nyczaka, Romana Kordzińskiego, Józefa Grudy, Izabelli Cywińskiej, Eugeniusza Korina czy Janusza Wiśniewskiego. Jeszcze w styczniu występowała w monodramie „I to mi zostało”. W kostiumie z tego autobiograficznego spektaklu, zgodnie z jej życzeniem, została pochowana.

Mówiła o sobie, że nie urodziła się amantką. „Co ja bym teraz robiła? Jakby Bozia nie dała mi charakterystycznych zdolności, to by człowiek już dawno siedział na emeryturze i miałby wszystkim za złe”. Z filmem współpracowała od 1951 r. Debiutowała w „Pamiątce z Celulozy” Kawalerowicza, grając wściekłą dewotkę. „Tak się przyłożyłam – wspominała po latach – do tego zadania, zagrałam z takim impetem, że Kawalerowicz powiedział: »znakomicie pani Krystyno, tylko 90 proc. mniej, bo kamera tego nie wytrzyma«”.

Wystąpiła w ponad stu filmach. Role były bardzo charakterystyczne, ostre, najczęściej okropnych bab. Ale nie tylko. Była mistrzynią drugiego planu. Grała w serialu „Rzeka kłamstwa” w reż. Jana Łomnickiego. Także u Piwowarskiego w „Yesterday” i „Pociągu do Hollywood”. Pamiętam, kiedy przechadzaliśmy się po deptaku w Bydgoszczy, co chwilę ktoś mówił: – O, babcia z „Kiepskich”. A pani Krystyna szeptała mi do ucha: „Ojcze, grałam w stu filmach, nic nie pamiętają, tylko to, co w tej chwili leci w telewizji”. Ale wiedziała, że to dzięki tej babci Rozalii stała się niewiarygodnie popularna.

Mając ponad 80 lat, zagrała pierwszą główną rolę w życiu. „Mój Nikifor” Krzysztofa Krauzego i Joanny Kos-Krauze przyniósł jej wiele międzynarodowych nagród. Po mistrzowsku zagrane sceny podnoszenia ołówka z podłogi i wsypywania cukru do szklanki pokazały, że Krystyna Feldman zasłużyła na recenzję, którą wypowiedział Wajda: – Tylko dwie takie role zostały zagrane mistrzowsko w polskim kinie powojennym. Cybulskiego w „Popiele i diamencie” i pani Krystyny w „Moim Nikiforze”.

***

Kilka lat temu zaprosiłem ją do Lublina. Nikifor spacerował po lubelskich ulicach. Niewielkiego wzrostu, nie miał ze sobą ani farb, ani skrzyneczki z przyborami do malowania. W jednej ręce miał laskę, którą się podpierał, a drugą pod ramię trzymał dużo młodszego od siebie człowieczka. Dosłownie co chwila rozpoznawany, rozdawał autografy na prawo i lewo. Na dziedzińcu KUL-owskim podszedł do niego pewien bezdomny i po bardzo eleganckim powitaniu powiedział: „Ja jestem taki Nikifor lubelski”. Po czym bezszelestnie odpłynął, oddaliwszy się w nieznane.

Wieczorem w Chatce Żaka wypełnionej tak szczelnie, że wielu młodych i starych musiało siedzieć na schodach i podłodze, po obejrzeniu filmu, w którym grał główną rolę, czyli siebie samego, opowiadał o tym, że warto w życiu być uczciwym. Sala słuchała w milczeniu, z uwagą jakiej nie ma nawet na wykładach największych profesorskich sław. Opowiadał o pobiciu w Jeleniej Górze i o tym, jak trudno trafić do Lublina, gdy życzliwy człowiek wysadza cię z pociągu na dworcu w Nałęczowie.

Pani Krystyna, gdy tylko mogła, była w niedzielę w naszym dominikańskim kościele w Poznaniu. Czytała lekcje, zawsze się do tego przygotowując przed Mszą w zakrystii. Nie trzeba jej było dwa razy prosić. Pozostanie w pamięci i ten drobny epizod, który wykonywała jak najlepiej.