Wróciłem niedawno z Drohobycza, miasta Brunona Schulza. Kolejny raz mogłem w spokoju poczytać jego opowiadania w parku, wśród zieleni. Blisko bardzo miejsca, gdzie został zamordowany. Zagłębiając się w Ulice Krokodyli obserwowałem przysiadających na pobliskich ławkach młodych i starych mieszkańców, którzy jak wiem niewiele wiedzą dziś o tym polsko-żydowskim pisarzu. Byłem w Drohobyczu kolejny raz i to w związku z Brunonem Schulzem. Na jego festiwalu. Jakże tu wielu przyjaciół i jak ten czas kreatywnie mijał. Rozmowy, spotkania, wykłady, wystawy, koncerty, spektakle i raz jeszcze rozmowy…

Znowu zainspirowany Agatą Tuszyńską po powrocie do Lublina dokończyłem lekturę jej książki Narzeczona Schulza.

bs

To jest, jak sama napisała na stronie tytułowej, apokryf. I od pierwszej strony usprawiedliwia się, czym jest i czym nie jest ta opowieść. „Józefina Szelińska, Juna, w latach 1933-1937 była narzeczoną Brunona Schulza – genialnego pisarza, malarza, autora Sklepów cynamonowych i Sanatorium pod Klepsydrą. Ukrywała to przez niemal pół wieku. W powojennych ankietach podawała stan cywilny: samotna. Wszystko inne jest grą pamięci i wyobraźni”. Agata na następnych stronach idzie tropem odkrywania tego cienia, w którym ukryła się Juna.

Oczywiście, że więcej tu literatury niż historii. Ale dlatego czyta się te strony żywo i nasza wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach. Ale to wszystko miałoby być wstępem do lektury samego Schulza. Myślę, że dziś mało kto z polskich księży, nie wyłączając dominikanów, zagląda na strony rodaka z Drohobycza. Sam w czasie studiów – ponad trzydzieści lat temu – dostałem na imieniny od jednego ze współbraci Sklepy cynamonowe. Mam nawet dedykację. Tak, kiedyś czytało się u dominikanów dobrą literaturę.

W swoim wykładzie na tegorocznej sesji w Drohobyczu mówiłem m.in. o czytaniu Schulza przez chrześcijan żywej wiary. I postawiłem dwie tezy: że o Bogu mamy mówić językiem humanistycznym – to z Jana Pawła II i że zaginiony maszynopis Mesjasz Schulza intryguje i pozwala na poluzowanie wodzy fantazji, co tam być może. W czasie okupacji Schulz czytał znajomym fragmenty Mesjasza nigdzie niepublikowane. „Jak wspomina jeden ze słuchaczy tych lektur, była w nim mowa o tym, jak to ludzie podawali sobie z ust do ust radosną wieść, że oto Mesjasz nadchodzi i jest już o trzydzieści zaledwie kilometrów od Drohobycza”. Gdy z kolei czytałem teraz Agatę Tuszyńską, to przypominałem sobie poprzednią wizytę tutaj i rozmowy z Olgą Tokarczuk o jej Księgach Jakubowych. Tam także Mesjasz był przewodnim mottem opowieści.

To będzie kiedyś największa sensacja literacka, odkrycie maszynopisu Mesjasza Schulza. Oby mi było dane dożyć tej chwili. A także chwili, gdy będę mógł z domownikami porozmawiać o literaturze Tuszyńskiej czy Tokarczuk.

A Drohobycz i ukraińscy przyjaciele zapraszają stale i także pojawiają się w Lublinie. Wszystko za sprawą Wiery Meniok i Grzegorza Józefczuka, jak go nazywamy – nadredaktora.