14017722_10207490949253454_1761796184_n

Ktoś w ostatnich dniach zauważył, że Pan Bóg chyba w niebie potrzebuje dominikanów. Chce pewnie tam założyć klasztor, aby uczcić 800-lecie zakonu tutaj, na ziemi.

Po nagłej śmierci ojca Jana Góry, w grudniu zeszłego roku, po odejściu równie legendarnego duszpasterza studentów, 90-letniego ojca Tomasza Pawłowskiego, założyciela krakowskiej „Beczki”, po tragicznej śmierci od uderzenia pioruna młodego brata Antoniego Marczewskiego, ornitologa, miłośnika ptaków i przyrody, teraz nagle, w równie tragicznych okolicznościach umiera ojciec Witold Słabig, proboszcz stołecznej, dominikańskiej parafii na Służewie.

Witka znałem od samego początku życia zakonnego. Byliśmy razem w nowicjacie i na studiach. Dziesiątki, setki zdarzeń, rozmów, wspólnie przeżytych chwil na przestrzeni dobrze ponad 30 lat. Był dobrym, delikatnym, mądrym księdzem i proboszczem, jakich nam potrzeba wielu. Był po prostu blisko ludzi. Był dla nich. Ostatnie nasze spotkanie było niespodziewane, w Teatrze Żydowskim w Warszawie. Jakże się ucieszyłem. Trochę nie wiedziałem o tej jego pasji. Po studiach nigdy nie mieszkaliśmy razem w klasztorze.

Jak film przetaczają się we mnie obrazy związane z Witkiem. W Wilnie, gdzie był przez kilka lat duszpasterzem na początku lat 90. zeszłego wieku. Pozostawił po sobie pamięć, przede wszystkim księdza dla wszystkich. Był także proboszczem i przeorem w Szczecinie i przełożonym klasztoru w Łodzi.

Obserwowałem z pewnego oddalenia jego życie na Służewie. Kiedyś wracaliśmy nocą ze spotkania nad Lednicą autokarem do Warszawy. Widziałem, jak był proboszczem pośrodku swych parafian. Zawsze można było podesłać do niego do spowiedzi kogoś, kto o to prosił, a chciał księdza dobrego. Odnajdywał się i realizował jako proboszcz. Tak, dominikanin – proboszcz. Zginął, doglądając swojego kościoła.

Miał dystans do siebie, lekki, ironiczny uśmiech. Zawsze od najmłodszych lat w zakonie był przez wszystkich, tak, przez wszystkich, bardzo lubiany. Wyciszony, ale potrafiący powiedzieć mocne słowo jak trzeba. Byłem w jego domu rodzinnym w Sierakowie, bywaliśmy na wspólnych obozach studenckich.

Pamiętam taki z ojcem Marcinem Babrajem, który dla Witka był kimś więcej niż tylko duchowym przewodnikiem. Proboszcz Warszawy to określenie, które mi przyszło do głowy, kiedy rano w środę 10 sierpnia dowiedziałem się o jego nagłej śmierci poprzedniego dnia. W wielkim, anonimowym mieście potrafił być tak bardzo osobowo dla kogoś drugiego. Potrzeba nam takich proboszczów, którzy dostrzegą najpierw człowieka, a potem wszystkie jego problemy.

Dostałem wiele telefonów, maili ze wspomnieniem o nim. Wiem, że tego dnia prowadził jeszcze pogrzeb taty naszej wspólnej znajomej Małgosi. Śmierć zabrała go wprost do nieba. Tak, Pan Bóg zakłada tam dominikański klasztor. Tylko dlaczego zabiera tych, którzy tutaj są tak bardzo potrzebni?

Gazeta Stołeczna 18.08.2016.