…I jeszcze Antoni Ostrouch, jako drugi aktor występujący razem z Andrzejem Sewerynem w jednoaktówkach Becketta. Bo o nich tutaj mowa. W reżyserii Antoniego Libery. Dla mnie najważniejsza była inscenizacja „Ostatniej taśmy”, która obok „Czekając na Godota” i „Końcówki” należy do ścisłego kanonu dramatopisarskiego tego laureata literackiej nagrody Nobla.

Oglądałem już kiedyś te inscenizacje w wykonaniu Zapasiewicza. Grał kiedyś Becketta także Tadeusz Łomnicki, gra teraz Seweryn. W dużej ciszy, jak to w teatrze bywa, ale też czasami z uśmiechem przechodzącym przez widownię, spektakl dotyka tożsamości jednostki, tożsamości człowieka. Chodzi w nim po prostu o to, że tożsamość jest przecież nieciągła.

„Człowiek w dzieciństwie, w okresie dojrzałości, a potem w starości to trzy zupełnie inne istoty” – czy tak siebie doświadczam również ja? Im mam więcej lat, tym lepiej wiem, że życie składa się jak film z różnych klatek i różnych ujęć. A jednak to ja, jestem zawsze sobą. Rozdarcie i dążenie do jedności – równocześnie występujące. Nie w sensie psychologii, nawet nie w sensie historii mojego życia – ale w sensie duchowym. Ja to ja. Też przecież nie chodzi tu o psychoanalizę. Choć i w tej interpretacji Backetta niektórzy się lubują. Człowiek poddany przemijającemu czasowi. Co się z nim dzieje ? Kim jest?

Dramaty Becketta pozwalają choć na chwilę spojrzeć na siebie oczyma artysty i dostrzec, że jestem osobnikiem złożonym. Jeśli komuś się wydaje, że życie, bycie sobą to rzecz prosta, należy od takich ludzi uciekać. Tylko umiejętność pogodzenia różnych sprzeczności pozwala człowiekowi być człowiekiem. A Samuel Beckett opisał w swoich dramatach ten ludzki dramat poszukiwania tożsamości jak mało kto i pokazał, że w tej złożoności można żyć godnie i pięknie. Choć niełatwo jest z tym naszym życiem i z nami samymi. Człowiek religijny, chrześcijanin znajduje w Becketcie sprzymierzeńca. I niech tak pozostanie. Łomnicki, Zapasiewicz, Seweryn – mistrzowie słowa i gdy bez słów grają. Beckett im to umożliwił.