Idąc do kina, zastanawiałem się, co śmieszy dziś Polaków? Bo w końcu Juliusz Machulski to klasyk. Odpowiedź, oczywiście przychodziła sama, gdy obserwowało się reakcję sali na obraz, który przychodził z ekranu.

Ale zacznijmy od początku. Przez pierwsze trzy kwadranse wiało trochę nudą. Nawet wymieniliśmy z sąsiadką, sympatyczną p. M. zdanie, że takie sobie. Ale potem film się rozkręcił, nabierał i tempa, i dowcipu. Sala wybuchała śmiechem, gdy pojawiał się polityk, kandydat na prezydenta, mało rozgarnięty – żeby użyć eufemizmu. Tak, Polacy śmieją się z polityków, ale czy dlatego, że ich nie akceptują, czy dlatego, że są tacy jak oni – tego już nie wiem. Pojawiały się coraz to lepsze dialogi, dowcipne, świeże i aluzyjne. Także gagi mogły się podobać. I nagle pojawia się tytułowa volta, wszystko się odwraca i idzie już jakby w odwrotnym kierunku.

To siła, ale i pewna słabość filmu. Kto dobrze pamięta Vabank, widzi podobny zamysł. Inaczej pokazany, ale jednak z tej samej stajni. Ale może młode pokolenie nie kojarzy już powtórki?

Film rozgrywa się w Lublinie, miasto jest pokazane perfekcyjnie. Ujęcia i zaułki, nawiązania i scenografia ujmują. Także mój klasztor, który – mimo że scena tu nagrana ma na ekranie niecałe 40 sekund – jednak podwyższa bicie serca choć na chwilę.

Komedia, to zawsze odtrutka na codzienność, dlatego poszedłem na ten film, którego prapremiera odbyła się w Lublinie – i kolejny raz nie zawiodłem się na Machulskim, choć ta długa rozjazdówka na początku, to dla mnie trochę strata czasu. Humor, dobra zabawa jest człowiekowi do życia potrzebne jak powietrze. Chroni przed głupotą i pozwala nabierać dystansu do świata, który jest wkoło nas. Kto się nie śmieje, ten jest człowiekiem, od którego należy uciekać, bo traktuje siebie zbyt poważnie. A to oznacza, że nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Machulski bawi i uczy owego zdrowego dystansu.