Andrzej, którego przyszliśmy dzisiaj pożegnać, jest z nami. Tak – „jak malarz w barwie, jak poeta w słowie/ jak kompozytor w układaniu dźwięków”. Jest z nami, w swoich najbliższych. W dzieciach, które tak bardzo kochał. Arkadiuszu, Milenie, Emilii. I które mogły cząstkę tej miłości oddać ojcu, opiekując się nim w tych ostatnich tygodniach, miesiącach i dniach, kiedy tak bardzo potrzebował drugiego człowieka. Bo tyle nas, ile w drugich. I my wszyscy, którzy tu dzisiaj przyszliśmy, odnajdujemy cząstkę Andrzeja w sobie. W nas samych.
Kiedy zamieszkał przed laty na Starym Mieście w Lublinie, spotykaliśmy się często. Przypadkowo, na Grodzkiej, na Rynku, w Hadesie. Zaglądał do naszego kościoła dominikańskiego. Pamiętam go i na Debatach Dwóch Ambon, i tak po prostu w ławce na mszy. Zwracałem się do niego często: Angelus Magnus.
To dzisiejsze czytanie, które nam Witek Dąbrowski przeczytał z Księgi Rodzaju, pierwszej księgi Biblii, mówi o śnie, który miał patriarcha Jakub. I o drabinie, którą ujrzał we śnie. Była oparta na ziemi, i swym wierzchołkiem sięgała nieba. Jakub ujrzał Aniołów, którzy po tej drabinie wchodzili w górę i schodzili na dół.

Andrzej Widelski był malarzem Aniołów. Malował ich tak, jakby prosto ze snu Jakuba byli wzięci. „Aniołowie są związani z przestrzenią. Kiedy znajdują się w niebie, to nie przebywają na ziemi, ale gdy posyła ich Bóg na ziemię, to równocześnie pozostają w niebie. Lecz nie potrafią ich zamknąć ani mury, ani drzwi, zamki czy pieczęcie, gdyż maja nieuchwytną postać. Tak dalece nieujętą mają postać, że kiedy na zlecenie Boga objawiają się sprawiedliwym, nie ukazują się takimi jakimi są, lecz w kształcie przybranym, dostrzegalnym dla oczu tych, którzy na nich patrzą” ( Św. Jan Damasceński ).
Kiedy przeglądam katalog wystawy, Andrzeja, jednej z ostatnich, z Synagogi w Drohobyczu, wystawy zatytułowanej: Z powietrza i światła – widzę wyraźnie Anioły wstępujące i zstępujące po drabinie Jakubowej.
Nie jesteśmy Aniołami, ale wykonujemy ich pracę. Andrzej Widelski, jako malarz, artysta, jako człowiek i chrześcijanin – doświadczył tych słów. Nie jesteśmy aniołami, ale wykonujemy ich pracę. On wykonywał pracę Aniołów. On przybliżał nam świat Aniołów – niewidzialny.
Wrócę jeszcze na chwilę do przeczytanej ewangelii. Ona mówi o gotowości na przyjście Pana. „Jezus powiedział do swoich uczniów: Niech będą przepasane wasze biodra i zapalone pochodnie. A wy podobni do ludzi, oczekujących swego pana, kiedy z uczty weselnej powróci, aby mu zaraz otworzyć, gdy nadejdzie i zakołacze.
Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających gdy nadejdzie. Zaprawdę powiadam wam: Przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc będzie im usługiwał…
Wy też bądźcie gotowi, o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie…”
Andrzej był gotowy i wydaje się , że godzinę przyjścia Pana znał. Oczekiwał Go jak mało kto… i przyszedł do wielu z nas ten SMS – O godzinie 17.45 Anioł w postaci gołębicy zabrał moją duszę do Nieba – napisane z dużej litery.
I powrócę raz jeszcze na koniec do zacytowanego na początku wiersza Romana Brandstaettera „O daj nam Panie natchnienie do wiary…”
Bo chcąc naprawdę wierzyć w Ciebie, Boże,
Musimy zostać artystami wiary
I nieustannie tę wiarę zdobywać,
I wciąż od nowa zdobywać jej głębię,
Jak zdobywamy nowe słowo w wierszu,
Jak zdobywamy nowy dźwięk w muzyce
I nowe barwy na płótnie obrazu.
Każda rutyna i każda maniera
Są śmiercią wiary i śmiercią sumienia.
O, daj nam Panie natchnienie do wiary!”

Tak, Andrzej, którego dziś żegnamy, potrafił zdobywać „nowe barwy na płótnie obrazu” i dzięki temu potrafił wyrażać to co niewyrażalne, niewidzialne. Takim go zapamiętamy.