„Kościół jest w kryzysie” – stwierdził ojciec Wojciech Giertych, dominikanin, teolog Domu Papieskiego. „Sami staliśmy się anty-świadectwem, zderzyliśmy się z własnym grzechem, z własną słabością. Nie wolno udawać, że tego nie ma, nie wolno tworzyć mitów, bo mit, zwłaszcza w relacjach z młodymi, jest katastrofalny” – powiedział abp Grzegorz Ryś.
Choć obie te opinie nie odnoszą się bezpośrednio do filmu „Kler”, to zostały wypowiedziane w kontekście zdarzeń dziś obserwowanych.
Film ten nie jest dla mnie zgorszeniem, choć mogę sobie wyobrazić, że część moich współwyznawców tak go odbierze. Sam, jako ksiądz, dominikanin, człowiek starający się wieść życie wiary osobistej, odbieram „Kler” jako próbę podstawienia mi lustra, w którym mogę się przejrzeć. Lustra, które jest po prostu rachunkiem sumienia. Tyle i aż tyle.
W filmie jest również mowa o sposobie sprawowania władzy w Kościele i o klerykalizmie jako postawie zamkniętej i broniącej status quo. Bp Pieronek powiedział, że zna więcej i gorszych historii z życia kleru. Mogę się podpisać pod tymi słowami. Smarzowski zrobił dobry research, odrobił lekcję, zebrał materiały i historie księżowskie.
Odnajduję w „Klerze” wiele mi znanych wątków: jest tu biskup przypominający pewnego arcybiskupa robiącego z mszy panoptikum, w czasie którego nakłada pierścień na palec szefa telewizji, jakby to była zakonnica składająca wieczyste śluby posłuszeństwa, ubóstwa i czystości – bo właśnie obrączka jest znakiem tej konsekracji. Jest też prezydent przemawiający znad pulpitu w trakcie mszy przed błogosławieństwem, wygłaszający czyste przesłanie polityczne. I jest ksiądz w sutannie przygrywający do libacji biskupio-biznesowej na fisharmonii. Także niemieckie małżeństwo w niejasnych, korupcyjnych okolicznościach starające się o adopcję dziecka w zakładzie prowadzonym przez siostry zakonne.
Ale głównym wątkiem jest opowieść o trzech duchownych. Jakże ujmujące są historie ich słabości i zmagania się z życiowymi pragnieniami. Poszukiwanie rozwiązania życiowego przez pierwszego z nich pokazuje, że sumienie jest ważnym głosem, gdyż pozwala się podnieść i podejmować dojrzałe decyzje. Ksiądz ma kochankę i ląduje z nią w łóżku – to prosty schemat. Ważniejsze jednak, że w końcu bierze odpowiedzialność za swoje postępowanie i staje przy matce swojego dziecka – to decyzja jedyna z możliwych, choć pewnie niełatwa. Drugi, osaczony, z podejrzeniem o pedofilię, nie wytrzymuje zaszczucia, odbija się od władzy duchowej, dokonuje samospalenia. Trzeci – karierowicz, do końca perfidny, bez skrupułów.
Ciekawym wątkiem są kazania księży i biskupa. Jeden mówi, że najważniejsza jest miłość, drugi wyznaje, że sam był w dzieciństwie molestowany i przez całe życie niesie tę traumę. Biskup zaś – Janusz Gajos – tak odegrał rolę, że jest lepszy i prawdziwszy niż niejeden jego wzorzec. Choć do „uniesienia proroczego” w sprawie „zamachu pod Smoleńskiem” – o czym jeden prawdziwy arcybiskup mówił – jeszcze Gajosowi daleko.
Tak. Kościół jest w kryzysie. Dajemy anty-świadectwo. Dlatego trzeba z dużą pokorą o tym filmie rozmawiać. Kto nie chce oglądać, nie musi. Ale wówczas niech zachowa intelektualną uczciwość i nie wypowiada się o filmie, którego nie widział. Zauważyłem, że wielu widzów wychodzi z kina z osobistą refleksją, przywołując z pamięci swoje niedobre doświadczenia z Kościołem, z księżmi. To także okazja, aby o tym spokojnie mówić, nazywając rzeczy po imieniu. Tak aby spełniony został jeden z warunków rachunku sumienia: postanowienie poprawy. Czasami trzeba głosu z zewnątrz, aby zobaczyć własny grzech.
Księża nie są ludziom obojętni i dlatego ludzie mają prawo stawiać księżom wymagania: co do sposobu duszpasterstwa i co do sposobu ich życia. I o tym też jest ten film.

por. Gazeta Wyborcza 16.10.2018 r.