„Tango śmierci” – to utwór, który grali muzycy gdy prowadzono na śmierć Żydów we Lwowie, w obozie koncentracyjnym w Janowie. To także tytuł książki, powieści Jurija Wynnyczuka, o której nasz wspólny przyjaciel Ołeksandr Bojczenko powiedział: „Z wielką miłością, erudycją i humorem maluje Wynnyczuk życie przedwojennego Lwowa, mogące bez wątpienia wzbudzić zainteresowanie polskiego czytelnika. Życie to zostało ukazane z perspektywy przyjaźni czterech bohaterów różnej narodowości: Ukraińca, Polaka, Niemca i Żyda, których ojcowie służyli niegdyś, w roku 1920, w wojsku Ukraińskiej Republiki Ludowej”. To nie jest literatura w duchu polskie literatury kresowej. To powieść z tych co pisywał Umberto Eco, kryminalna, ale i fantastycznie osadzona w lwowskich realiach. Iskrzy humor, parodia, sielanka przenikająca się z dramatem. Inny ukraiński intelektualista Mykoła Riabczuk, porówna autora do Bohumila Hrabala, i powie, że „dzięki świetnemu poczuciu humoru… mocno wpisuje się ona w tradycję prozy środkowoeuropejskiej”. To jest książka z tych, które czyta się jednym tchem i nie można się od niej oderwać. Lwów ukazany jako miasto ze wszystkimi swoimi różnorodnościami i odmianami. Ale ta powieść to także jedna wielka mistyfikacja. „Właśnie idyllę wzajemnych relacji narodowościowych nazywa autor mistyfikacją. Natomiast piekło, jakie przynoszą ze sobą Sowieci w 1939 roku, mimo wyraźnie hiperbolicznego i groteskowego obrazu czerwonoarmistów, przedstawione jest raczej realistycznie. Istotnie Lwów w swoich dziejach nie zaznał wcześniej niczego gorszego, Wynnyczuk swoją powieścią najwyraźniej bierze odwet na rosyjskich ‘wyzwolicielach’ za wszystko, co przynieśli na ziemie ukraińskie. W kontekście dzisiejszych wydarzeń na wschodzie Ukrainy odwet ten nabiera szczególnej aktualności”. I o tym też jest ta książka. Lwów, chyba najciekawiej ukazany w dzisiejszej literaturze naszych wschodnich sąsiadów.
Nie dawno jedna z moich lubelskich znajomych, politolog, trochę z pretensją powiedziała, niech ojciec pisze o książkach, bo my nie wiemy co czytać. Tak Agnieszko, Wynnyczuka, nie tylko można, ale trzeba czytać. To literatura najwyższej próby i wielka przyjemność, i zabawa.