Był wielkim dominikańskim przyjacielem. Wspierał Lednicę 2000. I wielokrotnie działania ojca Jana Góry i moje gdy prowadziłem Wydawnictwo W drodze. Był poznaniakiem z krwi i kości. Pracowity, roztropny, mądry i szczodry. Dzielił się owocami pracy swoich rąk. Aleksander Tecław, którego wspominam, zawsze uśmiechnięty, ileż wspólnie przeprowadziliśmy działań. Lednicę już wspominałem, a przez wiele lat nas karmił. Spotkania w Krosinku Wydawnictwa W drodze, ogniska integracyjne u niego w Morawsku dla tych, co Lednicę organizowali. Ileż rozmów, przez te ostatnie 25 lat. Zaskoczyła mnie wiadomość o jego nagłej śmierci. Parał się zawodem rzeźnika, wędliniarza. Firma rodzinna słynna na całą Wielkopolskę. Cóż to za wyroby! Raz z ojcem Janem byliśmy zaproszeni do Tecława na poznańską golonkę. Nikt jak on jej nie przygotowywał. Ileż to razy wyprawiał mnie do Lublina z „polską kiełbasą”, której tu nie uświadczysz. Nazywałem go „królem golonki”. Pamiętał o ubogich. Mówił mi, jak kazał przeceniać w swoich sklepach wyroby w piątek po południu, gdy przychodzili przed niedzielą ubodzy. Taka była tradycja rodzinna od pokoleń. Ceniłem sobie jego przyjaźń i po prostu lubiłem z nim rozmawiać. Gdy nie mogłem z nim się spotkać gdy byłem w Poznaniu, zawsze na krótko w ostatnich latach, to o niego pytałem, jak żyje. Pojawiał się na naszych konwersatoriach w Banku PKOBP – przedsiębiorczość – kultura – religia. Pozostanie w mojej pamięci jako dobry człowiek, którego po postu bardzo lubiłem. Jako uosobienie poznańskości. Zachęcam do przeczytania tekstu o nim napisanego przed laty przez Zbyszka Pakułę do książki „Poznaniacy II. Portretów kopa i trochę” – wydawnictwo W drodze. I zmówię za niego pacierz, bo wiem, jak sam cenił modlitwę w swoim życiu