Przede wszystkim jest to opowieść, którą my Polacy powinniśmy przeczytać. Bo nie mówi o Ukrainie, Galicji z perspektywy kresowej, sienkiewiczowskiej i kto wie jeszcze jakiej. Inna perspektywa niż moja własna jest tą, która powoduje, że ja sam uczę się innego spojrzenia. Andruchowycz nazywa tę książkę „Powieścią parahistoryczną” – gdyż wychodząc od konkretnej postaci, kogoś, kto ma kłopoty z prawem, owego „Kochanka Justycji”, mówi nam wiele rzeczy o swoim kraju, jego historii i ludziach.
Nie chcę tu przedstawiać tych ludzkich historii, łotrzykowskich, kryminalnych, bandyckich i tym podobnych, to trzeba samemu przeczytać. Wiem, że ta lektura wciągnie i pozostawi obraz, jakże nam Polakom potrzebny. Spojrzenie z drugiej strony. Zarówno w szczególe opisu Galicji, jak i w perspektywie, z którą nie na co dzień się spotykamy. Ale uwaga – co to znaczy na co dzień, gdy u nas jest już prawie dwa miliony Ukraińców, zrozumieć sąsiada, który zza najbliższej granicy staje się sąsiadem z ulicy, miejsca pracy, uczelni.
Dać się poprowadzić Andruchowyczowi w jego spojrzeniu na historię od drugiej strony, jego własną historię, to największa zaleta, tej znakomitej książki. Wiele tu grozy, ale i wiele humoru. Jeden przykład pro domo sua: „ To był znak dla wyposażonego w psy bojowe oddziału szturmowego braci dominikanów, którzy w owym czasie pełnili rolę swego rodzaju żandarmerii wewnętrznej i nigdy nie przepuszczali okazji, by jeszcze raz skompromitować kolejnych reprezentantów franciszkanizmu”. To w duchu Monachomachii. Czyli raz jeszcze Galicja a rebour – ale w stosunku do czego? Do naszej, romantycznej, kresowej opowieści, która przechodzi dziś w mit, ideologię obrońców kresowych granic, bez liczenia się z mieszkańcami tych ziem, którzy tam od zawsze byli. Jeśli choć trochę chcemy zrozumieć Ukrainę, to Andruchowycz, jego literatura jest najwyższej, światowej próby, musi być tu i teraz czytana. Com zrobił i pełen jestem uniesień i zachwytów. Jurko – dziękuję.