Był duszpasterzem akademickim. Nie moim, ale mam wielu przyjaciół, którzy wyszli spod jego ręki. Tworzą dziś piękne rodziny. Zawsze się do niego przyznawali. Kilku dominikanów przeszło przez jego duszpasterstwo, i wiem, jak bardzo sobie cenili jego przewodnictwo duchowe. Znam wielu ludzi których spowiadał przez lata. Prowadził przez meandry życia.
Był historykiem średniowiecza i naszego zakonu. Nas, to znaczy mój nowicjat uczył historii dominikanów. Był pełen pasji i znał się na źródłach. Nie pisał dużo, ale jeśli już, to były to teksty smakowite. Trzy książki teraz przychodzą mi do głowy. O świętym Dominiku, o świętym Jacku, o świętym Wacławie, królu czeskim. Wiele razy byliśmy razem w Czechach, był też tłumaczony na ten język. U dominikanów w Krakowie był przez lata archiwistą. Był proboszczem, widziałem jak mu zależało na parafii, na duszpasterstwie. Był przeorem, też nigdy moim.
Lubiłem z nim bardzo rozmawiać. O historii zakonu, o historii Czech, o życiu, o braciach. Miał specyficzne poczucie humoru, bardzo mi odpowiadające. Miał niewyobrażalny spokój. Kiedyś, jako klerycy, przyjeżdżając na poświecenie kamienia węgielnego kościoła na Służewie po prostu się urwaliśmy, a on czekał jako przeor z jakąś pracą. Był podobno wściekły, zły na nas, powiedział mi o tym dopiero po kilku latach. Miał dystans do siebie, ten z rodzaju, że nie od niego wszystko zależy. Byliśmy też razem prywatnie u Jana Pawła, tam też był otoczony wychowankami. Był w nowicjacie z ojcem Janem Górą, widziałem jak sobie wzajemnie okazywali „uszczypliwości”, ale szanowali się i Góra często się go radził. Jan Spież opowiadał też, jakim to „okropnym dzieciakiem” był Góra gdy wstąpił po maturze do zakonu.
Czy to w Krakowie, czy w Warszawie, wpadałem w klasztorze zawsze do niego. Te rozmowy zostaną mi do końca życia. Był po prostu jednym z najważniejszych dominikanów w moim życiu. Wypełniał chryzmat naszego zakonu, najpiękniej jak tylko mógł. Powtórzę raz jeszcze, duszpasterz akademicki, spowiednik i kierownik duchowy, przyjaciel swoich wychowanków, historyk z dużym zacięciem akademickim, proboszcz, czyli duszpasterz blisko ludzi, przeor, archiwista. Przez jego pryzmat uczyłem się zakonu przez lata, i sam doświadczając jego przyjaźni, dzisiaj mówię proste: dziękuje Janie, że cię poznałem. A ponieważ u chrześcijan nie ma przypadku, dziękuję Panu Bogu, że Jana Spieża postawił na drodze mojego życia. Znałem go od 1980 roku, choć i wcześniej udzielał ślubu mojej siostrze. Kiedy po latach odwiedził jej rodzinę w Białowieży, wrócił i był zadowolony, że oni jakoś wyszli spod jego ręki. Lubił ludzi, kochał ludzi – to najważniejsza cecha dominikanina, wzięta od naszego patrona świętego Dominika. Tak pisał Spież o Dominiku: „ Można powiedzieć, że w tym ujawnił się jeszcze jeden jego dar: był dobrym ojcem, który z radością pozwala i pomaga rozwijać się swoim dzieciom”. Czy nie pisał w ten sposób, jakoś i o sobie ?