Dzisiaj mija 18 rocznica śmierci Oli. Zaskakujące jak trudno wyobrazić sobie, jak wyglądałaby mając teraz 35 lat. Pisałem już kiedyś o Niej, ale za każdym razem dochodzi przecież coś nowego. I to też zaskakujące jak rozwija się nasza historia z tymi, których już nie ma.

W lipcu 1997 roku na cmentarzu batowickim w Krakowie pochowałem Olę. Było to miesiąc przed jej siedemnastymi urodzinami. Dwa lata wcześniej pojawiła się w duszpasterstwie szkół średnich „Przystań”, wiedziała już wtedy, że jest chora na raka.

Pamiętam, jak przyszła na pierwszą mszę św., którą odprawiałem w naszej klasztornej krypcie. Stała naprzeciwko ołtarza. Nie mogłem oprzeć się myśli, że patrzę na kogoś, kto tak wyraźnie nosi w sobie śmierć. Takie zdziwienie, że w brązowych, jeszcze dziecięcych oczach, zaczajony jest cień śmierci. W pierwszy dzień rekolekcji na dobry początek stałem obok niej, kiedy modliliśmy się słowami komplety: „Noc spokojną i śmierć szczęśliwą niech nam da Bóg wszechmogący”. Potem często podczas spotkań bezwiednie bawiłem się kulą, którą podpierała się po operacji kolana. W dniu bierzmowania przyjęła imię Dominika, wiedząc jak bardzo je lubię. W czasie podniesienia spojrzałem na Olę i pomyślałem, że nasze ciało (jej ciało) powtarza to, co dokonał Jezus: „To jest Ciało moje, które za was będzie wydane”.

Przed wakacjami odwiedziłem ją w szpitalu. Ze spokojem mówiła, że to ostatnia chemia i wraca do zdrowia. Umarła w lipcu, kiedy z grupą młodzieży byliśmy na wędrówce. Wiadomość o jej śmierci była pierwszą, którą odsłuchałem na automatycznej sekretarce. Żal, że nie było ostatniego słowa, spotkania.

W homilii pogrzebowej powiedziałem, że Ola jest już bezpieczna i szczęśliwa w obecności Boga i chociaż tego nie widzimy, to głęboko w to wierzymy. Jest już bezpieczna: nikt jej nie zrani, nie zapomni o niej, a ona nie będzie płakać z bólu ani śnić o uciętej nodze. Przypomniałem też, że na pierwszym spotkaniu grupy przygotowującej się do bierzmowania zapytałem młodzież o miejsce, w którym czują się bezpiecznie. Ola wymieniła dwa: dom i las.

Nosiła w sobie wielkie, niezrealizowane pragnienie, by jeździć konno. Z Londynu przywiozłem jej kartkę z National Gallery przedstawiającą piękne konie. Spóźniłem się, nie zdążyłem z tą kartką do niej pójść. Ale mieliśmy w duszpasterstwie nadzieję, że Bóg wypełni pragnienia, których nie zrealizowała przez swoją chorobę, i da jej kucyka w niebie.

Odwiedziłem ją na cmentarzu w dniu jej siedemnastych urodzin. Przyniosłem aniołka ze świeczką. Był wczesny ranek, na drewnianym krzyżu zobaczyłem kroplę rosy – jak łzę. Ten krzyż stał się dla mnie znakiem nadziei. Niedługo potem ochrzciłem dziewczynkę, która również miała na imię Aleksandra Dominika i chociaż rodzice o tym nie wiedzieli, obie noszę w swoim sercu.

Parę miesięcy przed śmiercią Ola ofiarowała mi prezent: rybkę zrobioną z wenflonu. Woziłem ją wszędzie ze sobą, aż mi się gdzieś zapodziała podczas podróży powrotnej z Chin.

(Trzy krzyże. W drodze 4\2011).

rybka

Aleksandra Dominika w tym roku zdała maturę i zacznie studia za granicą. Ma dwójkę młodszego rodzeństwa, które też chrzciłem.

Rybka, którą dostałem od Oli, znalazła się podczas kolejnej przeprowadzki. Jest teraz ze mną w Rzymie, moim nowym „miejscu pielgrzymowania” (por. Ps 119,54).