„Mówię o tym ze względu na pewnych leniów, którzy chcąc znaleźć usprawiedliwienie dla swego lenistwa, takich tylko rzeczy w pismach szukają, które mogliby zganić. A ponieważ w swoim próżniactwie są kompletnymi bałwanami, przeto nie chcąc sami tylko za takich uchodzić, usiłują, jak tylko mogą, przypiąć łatkę najznakomitszym ludziom”.

Albert Wielki pisał to o swoich braciach i do swoich braci dominikanów. Te akurat ostre słowa należy interpretować w duchu miłości braterskiej, bo wiedział o studiowaniu braci bardzo wiele jako wykładowca i ogromnie mu zależało na poziomie studiowania.

Miał niezwykłą odwagę intelektualnego, by w swoim czasie, zmierzyć się z dziedzictwem dalekim od własnej tradycji, z filozofią muzułmańską, żydowską i przede wszystkim grecką (w osobie Arystotelesa). I w tym niewątpliwie Albert jest pierwszym dominikańskim profesorem, który w studiach realizował wezwanie Dominika byśmy poszli na krańce świata. Był przekonany, że są w nich zawarte tak wielkie skarby prawdy, że opłaca się trud, aby je poznać, oczyścić, wytłumaczyć i przyswoić. Co mu pomagało? Wydaje się, że umiejętność słuchania wszystkich, to co określa się słowem docilitas (umiejętność-pozwolenia-by-inni-coś-nam-powiedzieli) i bronienie się przed tym, by dzielić świat na ‘my-oni’, tych którzy na pewno mają rację i tych, którzy tylko dlatego, że nie należą do nas, nie mają racji. Może to też pomogło by był mistrzem i nauczycielem dla ucznia, który go później przerósł, czyli dla św. Tomasza.

Należał też do pierwszego pokolenia, które uczyło się wspólnego poszukiwania prawdy z braćmi, poprzez dyskusje. Współdziałanie, które ubogaca każdego z uczestników i dlatego też ostrzegał: „są niektórzy ludzie całkowicie zgorzkniali i żółciowi, którzy wszystkich innych zalewają goryczą, nie starając się o to, aby w słodyczy współdziałania szukać prawdy”.

Zmarł 15 listopada 1280 roku w Kolonii.