Dzisiaj, 23 sierpnia, mija kolejna rocznica śmierci o. Cyryla Szlachtowskiego, dominikanina, który został zamordowany w Chinach w 1944 roku. W 2000 roku, razem z o. Andrzejem Wójcikiem, mieliśmy szczęście znaleźć miejsce, gdzie został pochowany, spotkać osoby, które jeszcze go pamiętały i pomodlić się tam. Bardzo pięknie zabrzmiało przy grobie o. Cyryla, kiedy kleryk chiński, który był naszym przewodnikiem, powiedział pytającym się o nas gospodarzom, że jesteśmy krewnymi o. Cyryla.

– x –

Polscy dominikanie pracowali w Chinach w latach 1937-1952. Było ich trzech. Pamiętam wzruszenie, które towarzyszyło mi podczas przeglądania pozostałych po nich pamiątek, w naszym krakowskim archiwum, w teczce z napisem „Missiones”. Trochę zdjęć, listów o. Sadoka Maćkowiaka, który był tam przełożonym, i podania ojców i braci z roku 1936, którzy zgłaszali swoją gotowość wyjazdu na misje do Chin. Podania złożyła jedna trzecia braci z ówczesnej liczącej ponad 80 braci Prowincji. Najważniejsze dla mnie było to, co napisał o. Cyryl: „Przyznaję się w tajemnicy O. Prowincjałowi, że od pierwszej mszy św. jaką dzięki łasce Bożej odprawiałem codziennie i w każdej mszy św. proszę Boga o łaskę męczeństwa jeśli taka jest Jego wola”. I doczekał go w 1944 roku. Trzecim był o. Łukasz Huzarski, niepozorny i chorowity, a jak się okazało później, najdłużej pracujący w Chinach.

– x –

Do grobu o. Cyryla podróżowaliśmy prawie dwa tygodnie. Ostatni etap to miasto Chengkou do którego jechaliśmy 10 godz. autobusem górzystymi drogami z Wanxian. Towarzyszył nam spotkany w Wanxian kleryk, który mówił po angielsku. Bez niego trudno byłoby sobie poradzić, ponieważ na tych terenach nie było możliwości porozumiewania się po angielsku. Chengkou to miasteczko, biedne i zaniedbane, miejsce samotnego życia o. Cyryla. Obecnie nie ma żadnego śladu życia misjonarza, a z kościoła pozostała jedna ściana, która jest częścią sali gimnastycznej. Nie dowiemy się na ile rzeczywiście zdawał sobie sprawę z tego, co go tu spotkało, a o czym pisał w podaniu: „Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że praca ta wymaga wielkiego poświęcenia się, że oddalenie się z ojczyzny może na całe życie ziemskie, a w każdym razie na 10-20 lat wywoła tęsknotę z którą trzeba będzie walczyć. Rozumiem, że zastosowanie się do psychologii Chińczyków będzie wymagało ode mnie bardzo wielkiego zaparcia się siebie. Zdaję sobie sprawę, że nieraz przyjdzie żyć w prawdziwym ubóstwie, że braknąć może i najkonieczniejszych rzeczy do życia”.

Okazało się, że grób jest jeszcze oddalony ok. 60 km od miasta. Następnego dnia rano wyjechaliśmy autobusem 1,5 godz. w góry, potem samochodem do wioski, gdzie jest pochowany o. Cyryl. Ostatni odcinek (2 km) przeszliśmy piechotą – zepsuł się samochód. W polu pracowali wieśniacy, nosili w dużych koszach nawóz, rozbijali grudy stwardniałej ziemi. Na polu cztery mogiły, właściwie usypane wzgórki (wyglądają jak grobowce), wskazują na grób o. Cyryla (Shu Shen-fu, czyta się „szu szen fu”). Staruszek, który jest katolikiem, rozpoznaje go na zdjęciu. Mówi, że był świetnym piechurem, pamięta iż razem z o. Sadokiem (Ma Shen-fu) pomagali sobie wzajemnie i spotykali się. Zresztą o. Cyryl zginął, kiedy szedł do Fengjie na uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny zaproszony przez o. Sadoka, by wygłosić kazania. Został napadnięty przez bandytów, którzy myśleli, że będzie miał przy sobie pieniądze. Ciało ukryte w krzakach zostało znalezione dopiero po miesiącu i pochowano je w najbliższej wiosce. Pomodliliśmy się wspólnie przy grobie, zrobiliśmy zdjęcia. Ogarnęło nas uczucie niezwykłości związane ze świadomością, że jesteśmy pierwszymi dominikanami, którzy stanęli w tym miejscu. To był wielki dar dla nas, także świadomość braterskiej jedności, to ktoś bliski, ponieważ związany z naszą prowincją, wychowany w dominikańskiej tradycji, noszący taki sam habit. Symbolicznie wręcz zabrzmiało, kiedy nasz przewodnik – ze względu na bezpieczeństwo – przedstawił nas jako krewnych zmarłego.

– x –

Ojciec Marek Miławicki napisał książkę: Polscy Dominikanie na misjach w Chinach w latach 1937–1952”, która została wydana jako pierwszy tom z serii „Studia i źródła Dominikańskiego Instytutu Historycznego w Krakowie” w roku 2007.

We wstępie zaznaczył: „Warto podkreślić, jak wielką odwagą wykazali się dominikańscy przełożeni, którzy w trudnym czasie odbudowy i reorganizacji Prowincji, gdy każda para rąk była potrzebna do pracy, wysłali na misje do Chin trzech braci. W Polsce było tylko 80 kapłanów, a Zakon podejmował wiele nowych inicjatyw duszpasterskich, przeprowadzano olbrzymie przedsięwzięcia zawiązane z powrotem dominikanów do Poznania, Lublina i Wilna (nieudane) oraz budową kolegium na Służewie pod Warszawą. Pozostawało zawierzyć Opatrzności Bożej i modlić się, by misja była źródłem błogosławieństwa w pracy nad przeprowadzaną reformą i odrodzeniem Prowincji. Można było też mieć nadzieję, że nowa misja przyczyni się do wzrostu powołań i spełnienia marzeń św. Dominika”.