Idąc lekko wznoszącą się ulicą, mając po prawej stronie Wzgórze Kapitolińskie, zaraz za Teatro di Marcello skręcamy w lewo, w Via Montanara, która przechodzi potem w Piazza di Campitelli. Na końcu tej ulicy po prawej stronie znajduje się Ambasada Polska przy Stolicy Apostolskiej.

Zatrzymujemy się w połowie drogi, wchodzimy do kościoła Santa Maria in Portico in Campitelli i kierujemy się do pierwszej kaplicy po lewej stronie, kaplicy Altierich. Najpierw widzimy w ołtarzu płaskorzeźbę Lorenza Ottoni „Święta Rodzina z błogosławioną Ludwiką Albertoni”. Błogosławiona Ludwika, która żyła na przełomie XV\XVI wieku, była franciszkańską tercjarką bardzo znaną w Rzymie w związku ze swoją posługą wobec biednych i chorych. Niezwykła rzeźba Berniniego przedstawiająca jej śmierć i ekstazę znajduje się w innym kościele i nadaje się do innej opowieści.

– x –

To, co najbardziej zwróciło moją uwagę w tej kaplicy (i jak na razie w całym kościele), także ze względu na rozpoczynający się okres Wielkiego Postu, to dwa neoklasyczne grobowce wmurowane odpowiednio w lewą i prawą stronę kaplicy. Z obu płyt grobowych wyłaniają się popiersia zmarłych: Angelo Altieri (+ 1706) i Vittoria Parabiacchi Altieri (+ 1687). Na cokołach grobowców znajduje się po jednym złoconym słowie: na grobie Angelo, „Nihil” („Nic”), i „Umbra” („Cień”) u Vittorii. Podobno według testamentu Angelo chciał by było po dwa słowa: „Nihil” i „Pulvis” („Proch”) u niego oraz „Nihi”l i „Umbra” u niej. W każdym razie chodziło o ukazanie marności życia na świecie. Mocno wybrzmiało to w ostatni poniedziałek w Liturgii Godzin, kiedy rozpoczęliśmy lekturę Koheleta od słów: „Marność nad marnościami – wszystko marność” (Koh 1,2).

Cień niczego? A może to moment niepewności i lęku, że śmierć jest cieniem niczego, bo potem nie ma już nic? Mówimy czasem, że nie ma cienia nadziei w przypadku rozwijającej się choroby. Pozostaje cień niczego, czyli śmierci. A może jeszcze inaczej: śmierć jest niczym, bo przechodzimy do życia i nie zatrzymujemy się na niej?

– x –

Na pewno jakiś cień niczego był wyraźny u… Nietzschego: „Pustynia rośnie i biada w kim się kryje”. W Rzymie Nietzsche przeżył wiosną 1882 roku fascynację i miłość w relacji z Lou Andreas-Salomé. Wszystko skończyło się już jesienią, bo pani Lou nie była zainteresowana. Myślałem o nim w tych dniach najpierw ze względu na zabawę tak samo wymawianymi słowami: niczego i Nietzschego. Ale też pamiętając o jego krytyce chrześcijaństwa, Kościoła, kapłaństwa. Niedawno przeczytałem ponowie „Antychrześcijanina”. Rękopis tego dzieła odnaleziono w hotelu w Turynie, w styczniu 1889 roku, po tym, kiedy przeszedł do swojego świata, do którego nikt nie miał już wstępu. Był wnikliwym krytykiem, a obecny czas w Kościele i upadku kolejnych autorytetów (np. Jeana Vaniera), dostarczyłby mu wielu dodatkowych argumentów. Nie można przejść obojętnie wobec jego słów, zwłaszcza że z nimi spotykamy się także dzisiaj: „… zbudowano Kościół z przeciwieństwa ewangelii… Kto szukałby znaków tego, że w wielkiej grze świata miesza swe palce jakieś ironiczne bóstwo, ten znalazłby niemałe oparcie w ogromnym znaku zapytania, który zwie się chrześcijaństwem. Że ludzkość klęczy na kolanach przed przeciwieństwem wszystkiego, co było źródłem, sensem, prawem ewangelii, że w pojęciu „Kościoła” właśnie to kanonizowano, co „posłaniec radosnej nowiny” odczuwał jako leżące poniżej niego, poza nim – daremnie szukać większej formy światowej ironii – -„ (Antychrześcijanin, 36).

– x –

Dopełnieniem myśli, które pojawiły się w cieniu niczego i Nietzschego, są słowa z dzisiejszej liturgii i obrzędu posypania popiołem:

„Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”…

„Prochem jesteś i w proch się obrócisz”…