„Jakbym była ci potrzebna, to mnie budź. Serio. Jakbyś potrzebowała pogłaskania, czy coś – uśmiecha się – dobra?”

Asia. Koleżanka z sali, poznana kilka dni temu. Siedziała w szpitalnej świetlicy ocierając łzy po pożegnaniu z mężem, gdy weszłam tam czekając na przyjęcie. „Pani już długo?…” „Nie, dopiero dzisiaj… operację mam… Mąż się rozkleił przy windzie…” Łamie Jej się głos. Po chwili wychodzi, ja idę na pobranie pierwszych wyników.
Za kwadrans pielęgniarka prowadzi mnie do mojej sali. Z radością widzę tam Asię. Po paru chwilach okazuje się, że kończyłyśmy te same studia, mamy prawie tyle samo lat, obie lubimy sowy – na poduszkach, kubkach – i leczymy się w przychodni w tej samej miejscowości. A nocą każda, zanurzona w ciemność, odmawia w ciszy różaniec. Potem bardzo się męczymy, nie mogąc zasnąć. Ale obie. Łatwiej jest nie móc zasnąć w szpitalu z kimś, niż samemu.

Obiad jemy w świetlicy. Nowy szpitalny zwyczaj. Siadam obok pana, może osiemdziesięciolatka. Żartujemy, że w domu to obiaduje się o 16.30, a tu kolacja. „Proporcjonalnie powinni śniadanie dać o 3 nad ranem, nie?” Pan mruga porozumiewawczo. Wybucham śmiechem, ku zadowoleniu pana, że zdołał mnie rozbawić; śmiech tu w cenie, pacjenci zbolali jedzą w milczeniu. A my zaczynamy trajkotać. Pan ma operację na żyły. „Lubi pani pomidory?” „Bardzo”. Przerzuca swój pomidor na mój talerzyk. „Szynka w zamian? Deal?” pytam. Nie trzeba. Dosiada się Asia i drugi starszy pan. Szafujemy swoimi diagnozami i typami operacji, kto da więcej. Asia wyznaje, że boi się swojej. Obaj panowie uspokajają ją, że mieli, że to nic strasznego, że nie trzeba się bać.

Kolejny dzień. „Pani Wałejko? Proszę na badania”. Nieprzyjemne. „Trzymaj się maleńka” – mówi Asia ciepło, po matczynemu. „Maleńka”. Wzrusza mnie. Sama zaraz jedzie na blok.

Przychodzą esemesy, dzwonią telefony. Czytam wiadomości: „Jestem sercem przy tobie” „Modlę się” „Co ci przynieść?” „Zostaniemy z dziećmi, Boguś posiedzi z tobą”. „Jestem w kaplicy na Okęciu. Zaraz mówię różaniec za ciebie”. Do Asi dzwoni telefon – jej proboszcz. Skąd miał telefon? Dziwi się. Za kilka dni Proboszcz chowa Asi Babcię, która mieszkała z Jej rodziną, dzwoni przejęty, że pani domu i aktywna parafianka w szpitalu w takich okolicznościach. „Będzie na pogrzebie? Lepiej się czuje? Boli ją jeszcze?” relacjonuje Asia jego sposób mówienia, śmiejemy się mając przed oczyma proboszcza z „U pana Boga za piecem”. Dzwoni moja Szefowa: „Polecenie służbowe: nie myśleć o pracy, sprawy stażu sama ci załatwiłam, proszę się pokornie diagnozować, meldować codziennie i nie wracać do pracy za szybko”. Głowę kładę na zabawnej poduszce od Niej. Wpada serdeczny przyjaciel – przywiozłem ci Trzech Opiekunów. I zostawia ikonkę Trójcy świętej. „Zajmą się teraz Tobą, mnie już pomogli”.

Nadchodzi wieczór, w czasie którego, do północy, mam wypić 3 litry ohydnego płynu. Panie na sali śpią, tylko u mnie światełko, zmagam się z popijaniem czytając, pisząc maile. Asia co chwilę spod zamkniętych powiek: „Widzę cię, nie pijesz”. „Już piję…” po kwadransie znowu „Gosia, pij, ja jednym okiem cię pilnuję”. „Dobrze mamo…” i pięć łyków hamując torsje. Patrzę na nią czule. Jaka dobra dziewczyna.

Następnego dnia Boguś przywozi dzieci. W dwóch turach. Najpierw Antek. Ten rosły mężczyzna, niespełna piętnastoletni, którego basowy głos jest niższy od głosu taty, napisał wczoraj: „Mamo? Kiedy wrócisz?” „Nie wiem, synku”. „Mamo, bardzo tęsknię. Mogę jutro cię zobaczyć?” „przecież ty nie lubisz szpitali” „Mogę?” Przyjeżdżają. Spacerujemy po szpitalnym korytarzu a ci, jeden przez drugiego, żartują. Panowie, równego wzrostu. Po męsku, nieco rubasznie, swoimi basowymi głosami i rechotami. Na szpitalnej bransoletce mam dane i skrót oddziału, na którym leżę: Małgorzata Wałejko -„Chir”. „’Chir’? Reflektują szybko – Taki pseudonim ci nadali? Wszyscy pacjenci dostają?” Kulam się ze śmiechu. Za kilka godzin mąż przywozi malce, bardzo wszystkim zainteresowane. Najbardziej elektrycznym łóżkiem, którym z zachwytem sterują. Przy pożegnaniu Karol orientuje się, że zostaję. „Mamo? Jak to? Nie jedziesz do domku?” Siada mi na kolanach i oświadcza. „To ja tu zostanę i będę z tobą spał”. Chwila łagodnego tłumaczenia, ale serce boli. Wróciłoby się do domu.

Noc. Po tomografii z kontrastem dopada mnie skutek uboczny: koszmarna migrena. 4 tabletki i nic. Płaczę z bólu. Rozsadza czaszkę. Asia na pooperacyjnej, jestem sama na sali. Dyżurny mowi, że to po kontraście i zleca Ketonal dożylnie. Choć noc, do sali wchodzi Boguś. Ból tak silny, że widzę go jak we mgle. Siada i kładzie chłodną dłoń na moim czole. Pielęgniarka kontrolująca kroplówkę wita go grzecznie, jest 23.30, dawno po odwiedzinach. Uśmiecha się do niego i wychodzi bez słowa skargi.

On siedzi przy mnie, a ja czuję się bezpieczna. Kroplówka sączy się do moich żył i Jego miłość przenika do mojego krwioobiegu; ból znika, a ja nie wiem od czego, czy od leku, czy od jego czułości.

*     *     *

Twardowski napisał uroczy wiersz, tak krótki, że mogę w całości przywołać:

Napisałaś do mnie list serdeczny
przyniosłaś trzy jabłka z ogrodu
ciszę ukrytą w chlebie
zdziwiony myślę nieśmiało
że Bóg mnie kocha przez ciebie.

Teraz, gdy piszę o pokładach ludzkiej dobroci i o tym, jak trudne sytuacje nam je wyraziście odsłaniają, jak ludzie dobrzy, kochający zalewają oliwą czułości i najzwyklejszej uważności naszą samotność w takich chwilach – Asia śpi obok. Jutro wychodzi. Szkoda.
Przed zaśnięciem powiedziała:

„Jakbym była ci potrzebna, to mnie budź. Serio. Jakbyś potrzebowała pogłaskania, czy coś – dobra?”