Co tu kryć: w narzeczeństwie byliśmy częstymi bywalcami Jego konfesjonału.

 

Pamiętam, jak Boguś po którejś spowiedzi żachnął się: “Gosiu, chyba musimy zmienić spowiednika. Ja tu przychodzę z grzechami, a słyszę tylko jacy my piękni i dobrzy jesteśmy! ”. I tak było – Ojciec zdawał się nie przykładać wagi do właściwych wielu narzeczonym potknięć, a po z trudem przez nas wyduszonych z siebie grzechach nieoczekiwanie stwierdzał, że jesteśmy piękni i że trzymamy się Boga, a to ważne.

 

Po ślubie rytuałem kazdej spowiedzi stał się wywiad mieszkaniowo-zawodowy.

–      Mieszkanie jest?

–      Tak.

–      A sami mieszkacie czy z rodzicami?

–      Sami.

–      To dobrze. Praca jest?

–      Tak.

–      To dobrze, to bardzo dobrze. Jaka?

 

Nim Ojciec Florian udzielił nauki, ustalał jaka jest sytuacja młodych małżonków. Początkowo mnie to dziwiło. Potem zrozumiałam, że pyta o fundamenty, na których młoda rodzina może sie oprzeć, od których zależy jej spokój. Po szesnastu już latach nadal pamiętam jego rady “na starcie”, dotyczące układania relacji z Małżonkiem i nowymi Rodzicami (tj. Teściami).

 

Potem była pierwsza ciąża. Niełatwa, z komplikacjami. 100 kilo wagi, masywne obrzęki. Niewygodnie było klęczeć w konfesjonale, Ojciec zabrał mnie do pokoju. Siedząc na przeciw niego zalewałam się łzami. Niepokój o ciążę, przerażenie wlasnym zmienionym ciałem. Lęk przed nieznanym. I jego ciepłe, czułe: “Hormony, to hormony. To normalne, to minie”.

Minęło.

 

Spotkaliśmy raz Ojca na klasztornym korytarzu. Siedmioletni Antoś podbiegł do niego i powiedział: Mama jest w ciąży! Ojciec spojrzał na mnie, uśmiechnął się nieznacznie, pochylił ku Antkowi i odparł cicho: “Podziękuj mamusi”.

 

Dwa lata później Antoś przyjmował wczesną Pierwszą Komunię w Wielki Czwartek. Był niezwykle przejęty, gdy przyjmował Jezusa z rąk Ojca, w oczach błysnęły mu łzy, a twarz kapłana czule się rozjaśniła. Po Mszy rozbawiony zagadnął Antka: “aleś miał zdziwioną minę… że Pan Jezus taki słodki!”

 

Dzieci rosły, Ojciec zawsze przy spotkaniu na klasztornych korytarzach wyciągał do nich rękę i przewrotnie zamieniał ich imiona: O, Aleksander i Antonina! – uśmiechając się łobuzersko gdy protestowali: Nieeee! Antoni I Aleksandra!

 

Zawsze pięknie o Ojcu opowiadali nam współbracia. O jego przedziwnym, nietuzinkowym poczuciu humoru, po dominikańsku złośliwym i inteligentnym. Każdemu współbratu nadawał przydomek, bynajmniej nieprzypadkowy, lecz w jakiś, niekiedy znany jedynie Ojcu sposób odzwierciedlający osobowość lub cechę brata. Czytelny był Ikar, gdyż ręce przy “Ojcze nas” unosił proste, do samego nieba. Scholastyk, Gumienny, Pachomiusz – brzmieli tajemniczo dla samych nazwanych. Jedynie przeor nie otrzymywał przydomku, bo to przełożony, a zatem nie wypada.

Znane były braciom upodobania Ojca do słuchania pewnej katolickiej rozgłośni. I ujmujący dystans Ojca do samego siebie. Razu pewnego dostał od braci ciepłe rękawiczki pod choinkę; zachwycony rozwinął paczkę, przymierzył i wywołując ogólną wesołość skomentował: “Łaaadne…. Mocherowe!”

 

Zawsze widok Jego pochylonej – z roku na rok bardziej – postaci i dobrych, kochających oczu niósł wiele pokoju i ciepła.

 

Jednak gdy w lutym 2014 roku, nieprzytomna z bólu dotarłam z mężem na cmentarz, gdzie już ustawiał się kondukt za trumną najdroższej Mamy – widok tej postaci był szczególnie kojący.

Podeszłam do niego, a On bez słowa przytulił moją głowę do swojej piersi.

 

Widok kochanych Ojców w kondukcie, a szczególnie jego tak drogiej, towarzyszącej nam wiernie od lat sylwetki, był niesłychanym wsparciem.

 

Nie byłam dzielna na pogrzebie. Dźwięk uderzających o wieko grudek ziemi, oznaczający nieodwołalność, stratę i pożegnanie na długo – całkowicie mnie przerósł. Płakałam bardzo przy kondolencjach, zupełnie nie mogąc się opanować.

 

Podszedł cicho, przytulił. A potem spojrzał dość surowo i powiedział zdecydowanie, po ojcowsku: “Już dość! Już przestań. Dość”. Zamrugałam zdziwiona, a On dodał czulej, wyjaśniająco i nieomal pogodnie: “TAM JEST LEPIEJ”. I odszedł. A ja przestałam płakać.

 

Jesteśmy tylko jedną z wielu rodzin, którym Ojciec Florian towarzyszy od lat “z odległości” konfesjonału.

 

Gdy dzisiaj, w czasie Jubileuszu 60-lecia kapłaństwa modlił się w liturgii, by jego dalsza posługa była ucieleśnieniem ofiary Eucharystycznej wiedziałam, że tak właśnie jest – od lat.

 

Dziękujemy, Ojcze.