Pierwsze pytanie, które należy postawić, brzmi: czym jest Kościół, to znaczy ten, który jest „nam potrzebny”? Następnie pojawia się od razu drugie: jaki Kościół jest „nam potrzebny”? Odpowiedziawszy na te dwa pytania, można wreszcie podjąć próbę odpowiedzi na trzecie: „Po co nam właśnie taki Kościół?”. Jednakże również w odniesieniu do tych dwóch pierwszych pytań pojawia się szereg kwestii dodatkowych: dlaczego Kościół niekiedy nie jest Kościołem Chrystusowym, lecz czymś na kształt organizacji czysto ludzkiej? Dlaczego Kościół bywa nie taki, jaki być powinien? A także – co niepokoi wielu w Kościele – jakie są przyczyny kryzysu w Kościele i na czym ów kryzys polega?
Czym jest Kościół i jaki on jest?
W swojej książce „Dlaczego Kościół?”[1] Luigi Giussani, włoski teolog i założyciel wspólnoty „Communione e Liberazione”, pisał już na samym początku: „Kościół nie jest jedynie wyrazem życia, jakąś jego manifestacją, lecz jest życiem, które dotarło do nas z głębi wieków”. A zatem bycie Kościołem oznacza żyć, a nie jedynie egzystować; oznacza żyć, a nie tylko bytować; oznacza żyć, a nie jedynie funkcjonować. Żyć – rzecz jasna – życiem Bożym, kierować się Tym, który jest Dawcą życia, to znaczy Duchem Świętym. Żyć – to wzrastać i rozwijać się, a nie zatrzymywać się tylko na określonym etapie rozwoju, uznając tylko ten etap za najlepszy moment naszego istnienia i starając się go zachować, nie dopuszczając nadejścia nowego etapu. Żyć – to patrzeć w przyszłość, mieć cel, entuzjazm i plany, a nie jedynie oglądać się wstecz ku „świetlanej przeszłości”, odczuwać wobec niej nostalgię czy uznawać ją stale za „lepszą niż teraźniejszość”. Żyć – to rodzić, wychowywać, nauczać, słuchać, współpracować, ustępować, przepraszać, wspólnie coś budować i razem zmierzać ku celowi. Kościół jest życiem wspólnotowym, o charakterze rodzinnym, bez wyraźnego i ostrego podziału na „kler” i „świeckich”; jest to życie uczniów Chrystusa, którzy podążają za swoim Nauczycielem.
Natomiast odpowiadając na pytanie „jaki Kościół jest nam potrzebny?”, należy stwierdzić, że przede wszystkim jakościowy, a nie ilościowy. Z tego założenia wynika wszystko inne. Jeśli pod tę – wydawałoby się wielokrotnie powtarzaną – zasadę podstawimy dowolny element życia kościelnego, otrzymamy właściwe rozumienie problemu. Potrzebni są nam pasterze wysokiej jakości, a nie ich wielka liczba. Już pod koniec VI wieku papież Grzegorz Wielki w swojej „Regule pasterskiej” pisał, że pasterzy nie brakuje, jest ich wielu, lecz bardzo niewielu jest dobrych. W ten sposób komentował słowa Chrystusa, że „żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało” (Mt 9, 37; Łk 10, 2). Nie potrzebujemy licznej rzeszy parafian, którzy jedynie nominalnie są chrześcijanami, lecz potrzebujemy gorliwych wiernych. Nie są nam potrzebne wielkie świątynie, seminaria czy rozbudowane budynki, lecz takie, które – nawet jeśli niewielkie – będą wypełnione autentycznym życiem chrześcijańskim.
Można pójść dalej. Jezus Chrystus nie potrzebował powoływać stu dwudziestu najbliższych Apostołów – wystarczyło Dwunastu. W Kościele nie potrzeba stu sakramentów – wystarcza siedem. I jak widzimy, jest to w pełni wystarczające, gdyż w sakramentach chodzi przede wszystkim o jakość, o łaskę, którą one przekazują. Na przykład w jakimś kraju „katolickim” nie potrzebujemy czterdziestu czy pięćdziesięciu diecezji, rozbudowanych struktur, dziesiątek komisji diecezjalnych i jeszcze większej liczby podkomisji. Potrzebujemy prostego, żywego organizmu, złożonego z członków Ciała Chrystusa, zjednoczonego miłością chrześcijańską, odpowiedzialnością, wzajemną pomocą i wspólnym życiem. Nie potrzebujemy setek klasztorów, a w każdym z nich setek zakonników czy zakonnic; potrzebujemy kilku, lecz autentycznych, w których żyją nawet niewielkie wspólnoty, ale takie, które promieniują światłem Bożym, a więc są „światłem świata”.
Kryzys Kościoła
Wystarczy sięgnąć po teksty kilku znanych publicystów i teologów chrześcijańskich – niemal wszyscy, opisując stan Kościoła, piszą o kryzysie współczesnego Kościoła. Założyciel wspólnoty Sant’Egidio, Andrea Riccardi, opublikował niedawno książkę zatytułowaną „Kościół płonie. Kryzys i przyszłość chrześcijaństwa”[2]. Czeski teolog i publicysta ks. Tomáš Halík publikuje kolejne książki, takie jak „Noc spowiednika. Paradoksy małej wiary w epoce postoptymistycznej”, „Czas pustych kościołów” czy „Popołudnie chrześcijaństwa. Odwaga do zmiany”. Można również wspomnieć kardynała Roberta Saraha i jego niezbyt optymistyczną książkę-wywiad „Wieczór się zbliża i dzień już się chyli”, a także wielu innych autorów. Już w latach 80. XX wieku ukazała się książka-wywiad Vittoria Messoriego z kardynałem Josephem Ratzingerem pt. „Raport o stanie wiary”. Każdy z nich inaczej postrzega kryzys Kościoła i w odmienny sposób na niego reaguje.
Amerykański katolicki publicysta George Weigel w swojej książce „Odwaga bycia katolikiem. Kryzys, reforma i przyszłość Kościoła”[3], wydanej na początku XXI wieku, mówi o „trójgłowym smoku”, a mianowicie: 1) pedofilii wśród duchowieństwa, 2) relacjach romantycznych duchownych z kobietami, 3) praktykach homoseksualnych wśród duchownych. Ilościowo być może druga z tych „głów” jest najbardziej rozpowszechniona, jednak nie budzi ona szczególnego zainteresowania mediów; natomiast najbardziej nagłośniona w Stanach Zjednoczonych była i pozostaje trzecia, czyli nadużycia homoseksualne. Chodzi przy tym o to, że większość przypadków o charakterze seksualnym dotyczyła przestępstw duchownych wobec nastolatków i młodych ludzi, które nie zawsze kwalifikowały się prawnie jako „pedofilia”, lecz były określane innymi kategoriami prawnymi.
A zatem – pisze Weigel – mamy do czynienia z trzema wymiarami kryzysu w Kościele: kryzysem kapłaństwa, kryzysem władzy biskupiej oraz kryzysem uczniostwa. Tym jednak, co łączy wszystkie te wymiary, jest zaniedbana „wierność”: wierność Bogu, Kościołowi, zobowiązaniom kościelnym oraz ludziom powierzonym pasterzom. Autor następnie wyjaśnia, czym kryzys nie jest, analizuje, jak do niego doszło, wskazuje na odpowiedzialność biskupów, a także omawia rolę Rzymu (zwłaszcza Kurii Rzymskiej), który również przyczynił się do powstania kryzysu. Wreszcie, w kilku rozdziałach proponuje szeroko zakrojony program reform Kościoła, mających zaradzić kryzysowi: reformę seminariów i nowicjatów, reformę kapłaństwa, reformę episkopatu i Kurii Rzymskiej, a w końcu reformę każdego chrześcijanina.
Konsekwencje kryzysu w Kościele – ujmując rzecz syntetycznie – polegają dla wielu katolików na „zmniejszeniu liczby”: powołań, kapłanów, parafii, klasztorów, świątyń, szkół katolickich, studentów wydziałów teologicznych, misjonarzy, czasopism i książek katolickich, szpitali katolickich oraz innych inicjatyw. Obejmują one również ogólne zmniejszenie obecności chrześcijaństwa w społeczeństwie. Niektórzy skłonni są obarczać odpowiedzialnością za współczesny kryzys Sobór Watykański II, inni – reformy posoborowe, w tym reformy liturgiczne, jeszcze inni – otwartość ekumeniczną czy szerzej – „otwartość na świat”. Warto jednak zauważyć, że w Kościołach prawosławnych i protestanckich nie było Soboru Watykańskiego II ani reform posoborowych, a mimo to kryzys w tych wspólnotach jest nie mniejszy, a niekiedy nawet większy niż w Kościele katolickim, zwłaszcza w świecie zachodnim.
W każdym razie, pomimo iż niektórzy są już przekonani, że znają przyczyny kryzysu, bardziej analityczne umysły w Kościele nadal poszukują ich źródeł, rozumiejąc, że nie są one tak jednoznaczne i proste. Od właściwego rozpoznania przyczyn choroby zależy bowiem właściwe leczenie, a więc skuteczna reforma.
Kryzys permanentny
Każdy, kto choć w minimalnym stopniu poważniej zagłębiał się w historię Kościoła, wraz z jej bogactwem szczegółów i niuansów, a nie ograniczał się jedynie do ogólnych wydarzeń, z pewnością dostrzegł, że kryzys w Kościele – w takiej czy innej formie – istniał zawsze. Nawet wówczas, gdy wydawało się, że „Kościół rozkwita”. Z perspektywy czasu, a zarazem bez skłonności do triumfalizmu, który sam w sobie stanowi element nieewangeliczny, można zauważyć, że ów „rozkwit” nierzadko stawał się z czasem przyczyną wydarzeń o charakterze katastroficznym w dziejach Kościoła, czyli poważnego kryzysu, a jednocześnie sam – będąc rozumiany głównie w kategoriach ludzkich lub ilościowych – prowadził bezpośrednio do kolejnych załamań. Przykładowo, Marcin Luter, przybywszy do Rzymu i ujrzawszy, iż za środki pochodzące ze sprzedaży odpustów – zebrane między innymi na ziemiach niemieckich – wznoszona jest monumentalna bazylika św. Piotra, powrócił do ojczyzny i zapoczątkował Reformację. Nie był to główny powód wybuchu Reformacji, ale jednak w jakiejś mierze się również przyczynił.
Niegdyś całe północne regiony Afryki, niemal cały Bliski Wschód były chrześcijańskie; obecnie zaś chrześcijanie stanowią tam niekiedy jedynie niewielki odsetek ludności. Chrześcijańskie były także Europa i Ameryka Łacińska, podczas gdy dziś w niektórych krajach tych regionów liczba praktykujących chrześcijan wynosi zaledwie od 3–4% do 8–10% w najlepszym przypadku. Jednakże permanentny kryzys Kościoła nie polega wyłącznie na „zmniejszeniu liczby”, lecz przede wszystkim na nieustannej grzeszności jego członków, na hipokryzji oraz na życiu niezgodnym z Ewangelią. Dopóki zjawiska te nie były ujawniane, uważano, że wszystko funkcjonuje prawidłowo; gdy natomiast stawały się publicznie znane, zaczynano mówić o kryzysie. Tymczasem kryzys nie istnieje jedynie wówczas, gdy się o nim mówi.
Co zatem stanowi globalną przyczynę współczesnego kryzysu? I skoro kryzys jest zjawiskiem permanentnym, czy zasadne jest mówienie o nim w odniesieniu do teraźniejszości? Z punktu widzenia wewnętrznego życia Kościoła można mówić o kryzysie, jednak jego konsekwencje – takie jak spadek liczby powołań, wiernych uczestniczących w liturgii czy też zmniejszenie wpływu Kościoła na społeczeństwo – nie zawsze wynikają z radykalnego pogorszenia sytuacji, lecz raczej z faktu, iż – jak pisał niegdyś C. S. Lewis w odniesieniu do obecności zła w świecie – zła jest dziś tyle samo co dawniej, lecz współczesne środki przekazu są znacznie bardziej efektywne. W przeszłości kryzysy i nadużycia wewnątrz Kościoła bywały często przemilczane, a problemy rozwiązywano tak, „jakby nic się nie wydarzyło”; obecnie natomiast coraz trudniej ukryć negatywne zjawiska i nie dopuścić do ich ujawnienia. Owe „złe wiadomości” o nie całkiem „świętym Kościele” przyczyniają się do pogłębiania kryzysu, przede wszystkim w wymiarze ilościowym, czyli w spadającej liczbie wiernych uczestniczących w życiu Kościoła.
Nie sposób również pominąć faktu – na co wskazują zarówno badacze, jak i obserwatorzy życia społecznego – że kryzys w Kościele, a zwłaszcza proces sekularyzacji wiernych oraz odchodzenia od praktyk religijnych, przybiera szczególnie intensywną formę w krajach i społeczeństwach wysoko rozwiniętych ekonomicznie, w których poziom dobrobytu znacząco wzrósł w porównaniu z wcześniejszymi epokami. W wielu przypadkach ludzie doświadczyli poczucia samowystarczalności i samorealizacji, a tym samym braku potrzeby odwoływania się do Boga czy zwracania się do Niego z prośbami. Równolegle proces sekularyzacji i dystansowania się od Kościoła obserwuje się w większym stopniu wśród osób bardziej wykształconych niż wśród mniej wykształconych. Pewna forma „myślenia naukowego” w życiu codziennym prowadzi wielu takich – jeśli można tak powiedzieć – „naukowych” ludzi do przekonania, że Bóg, a tym bardziej Jego „pośrednicy”, czyli pasterze Kościoła, nie są potrzebni ani do wyjaśnienia otaczającej rzeczywistości, ani do określenia sensu i celu życia ludzkiego. Jest to jednak zagadnienie odrębne, choć nie mniej istotne i szerokie, odnoszące się do „filozofii życia” jednostek, na którą wpływ wywierają poziom dobrobytu oraz edukacja.
Jeśli natomiast chodzi o ogół wiernych, to – obok zgorszenia wynikającego z postaw duchowieństwa – zarówno świeccy, jak i pasterze Kościoła często popadają w poczucie kryzysu wskutek porównania przeszłości z teraźniejszością. Porównanie to prowadzi do przekonania o kryzysie, ponieważ wypada na niekorzyść współczesnego stanu rzeczy. Dotyczy to zwłaszcza autorytetu i wpływu Kościoła w społeczeństwie, który niegdyś był znacznie większy – nie tylko w wymiarze moralnym, lecz także politycznym, kulturowym i edukacyjnym – podczas gdy obecnie obraz Kościoła w przestrzeni publicznej został zepchnięty na dalszy plan. Oprócz tego zewnętrznego porównania – między dawną wielkością a współczesną marginalizacją – istnieje również porównanie wewnętrzne, które wielu osobom wydaje się niekorzystne dla teraźniejszości. W dużej mierze wynika to jednak z faktu, że współcześnie ludzie – nie tylko wierni – zaczęli dostrzegać różnorodne słabości, a nawet grzechy Kościoła, które wcześniej pozostawały w dużej mierze niewidoczne i znane były jedynie historykom bądź wąskiemu gronu osób. Jeśli zaś dokonywać porównań, należy zauważyć, że w historii Kościoła istniały okresy znacznie trudniejsze pod względem moralnym, również w odniesieniu do najwyższej hierarchii.
Epoka Konstantyńska a nowożytna epoka Kościoła
Przez niemal półtora tysiąca lat Kościół funkcjonował pod protektoratem państw. Na Wschodzie państwo zazwyczaj dominowało nad Kościołem – zjawisko to określane jest mianem cezaropapizmu; na Zachodzie natomiast Kościół dominował nad państwem, co można w pewnym sensie nazwać formą teokracji. Konsekwencją obu tych modeli było to, że Kościół był obecny niemal wszędzie tam, gdzie funkcjonowało państwo: w szkołach, miejscach pracy, szpitalach, miastach i wsiach, podczas uroczystości zaślubin i pogrzebów itd. Niewiele wydarzeń społecznych odbywało się bez udziału Kościoła. Obywatele państwa byli często utożsamiani z wiernymi Kościoła. Była to epoka od czasów cesarza Konstantyna, czyli od IV wieku, szczególnie wyraźna w średniowieczu, niekiedy określana mianem Christianitas, która zaczęła słabnąć w XVIII wieku, w okresie Oświecenia[4].
Od tego momentu rozpoczyna się epoka państw świeckich, w których liczba wiernych Kościoła stopniowo przestaje pokrywać się z liczbą obywateli, wykazując tendencję spadkową. „Bóg umarł” – pisał pod koniec XIX wieku Friedrich Nietzsche w dziele „Wiedza radosna” (1882). Przywołuje on między innymi przypowieść o szaleńcu, który woła: „Gdzie jest Bóg?” – i odpowiada: „Powiem wam: zabiliśmy go – wy i ja. Wszyscy jesteśmy jego zabójcami…”[5]. Nietzsche wskazuje tym samym, że „Bóg umarł” w świadomości społecznej – odtąd społeczeństwa żyją tak, jakby Boga nie było. Rozpoczyna się także epoka nihilizmu, charakteryzująca się odrzuceniem chrześcijańskich ideałów, niewiarą w rzeczywistość pozaziemską, a więc w wymiar metafizyczny, oraz sceptycyzmem wobec istnienia prawdy. Innymi słowy, zakończyła się epoka, w której Bóg był obecny w życiu społecznym jako oczywista rzeczywistość, a wszystko, co z Nim związane, przenikało wszystkie sfery życia.
W XX wieku proces osłabienia wpływu Kościoła – w tym zmniejszenie liczby wiernych, powołań oraz instytucji kościelnych – uległ znacznemu przyspieszeniu. Na te przemiany, jak również na inne zmiany społeczne, zwrócił uwagę Sobór Watykański II w konstytucji duszpasterskiej „Gaudium et spes”[6]. Państwa świeckie nie tylko przestały wspierać Kościół, lecz niekiedy zajęły postawę wobec niego krytyczną, a nawet wrogą – podobnie jak część ich obywateli. Nadszedł czas funkcjonowania Kościoła w środowisku świeckim, do którego nie był on w pełni przygotowany, i który niekiedy skłania go do prób „przywrócenia dawnego stanu rzeczy”. Tego jednak nie da się już odwrócić. Prawdę mówiąc, i nie jest to potrzebne! W rzeczywistości bowiem taka „opieka” państwa okazuje się w dłuższej perspektywie szkodliwa dla Kościoła Chrystusowego: przekształca go stopniowo w instytucję podobną do struktur świeckich, a korzyści uzyskiwane od państwa prowadzą do stopniowego oddalania się od ideałów ewangelicznych oraz od ewangelicznej gorliwości. Tym natomiast, co powinno być nieustannie odnawiane, jest właśnie owa gorliwość ewangeliczna.
Nowe–stare czasy dla Kościoła
„Epoka Konstantyńska” dobiegła zatem końca. W czasie jej trwania Kościół otrzymywał liczne przywileje i dary ze strony państwa, wznosił monumentalne katedry na centralnych placach miast, zakładał uniwersytety, fundował klasztory dzięki wsparciu możnych mecenasów, a wraz z nimi dysponował rozległymi dobrami ziemskimi. Wraz z tym zakończyło się również sprzyjające „środowisko chrześcijańskie”, ustępując miejsca epoce świeckiej, w której rzeczywistość religijna nie przenika już wszystkich sfer życia, lecz zostaje ograniczona do przestrzeni kościelnej bądź prywatnego domu chrześcijańskiej rodziny. O tym procesie pisali już w pierwszej połowie XX wieku niektórzy teologowie – zarówno katoliccy, jak i protestanccy – między innymi Dietrich Bonhoeffer w swojej znanej książce, napisanej w obozie koncentracyjnym i opublikowanej pośmiertnie, „Opór i poddanie” (1945). Co więcej, w tym dziele nie ograniczał się on jedynie do diagnozy epoki świeckiej, w której chrześcijanie muszą nauczyć się funkcjonować, lecz formułował także koncepcję „bezreligijnego chrześcijaństwa” czy „bezreligijnych chrześcijan” jako rzeczywistości, która nadchodzi i ma zastąpić dotychczasowe formy religijności:
„Zbliżamy się do całkowicie bezreligijnego okresu: ludzie po prostu nie są już zdolni pozostawać religijnymi. Nawet ci, którzy uczciwie nazywają siebie ‘religijnymi’, w rzeczywistości nimi nie są: być może pod pojęciem ‘religijności’ rozumieją coś zupełnie innego… Naszemu obecnemu ‘chrześcijaństwu’ zostanie wybity grunt spod nóg i pozostanie nam w ‘religii’ jedynie kilku ‘ostatnich rycerzy’ oraz garstka intelektualnie nieuczciwych ludzi… Jeżeli jednak nie chcemy tego, jeśli w ostatecznym rozrachunku nawet zachodnią formę chrześcijaństwa musimy uznać jedynie za stadium przejściowe ku pełnej bezreligijności, to jaka sytuacja powstaje wówczas dla nas, dla Kościoła?…”.
Teza Bonhoeffera o „bezreligijnym chrześcijaństwie” jest niewątpliwie dyskusyjna i bywa różnorodnie interpretowana, niekiedy także zniekształcana. Wydaje się jednak, że miał on na myśli istnienie Kościoła i jego wiernych bez owej zewnętrznej, religijnej ozdoby – zwłaszcza w przestrzeni publicznej państw świeckich – do której przez wieki przyzwyczailiśmy się, począwszy od edyktu mediolańskiego cesarza Konstantyna. Niektórzy komentatorzy interpretują jednak tę koncepcję jako zapowiedź przyszłej formy chrześcijaństwa, pozbawionej cech znanej nam religii, klerykalizmu itd. Tym bardziej że Bonhoeffer określał współczesny świat mianem „pełnoletniego” i w ostatnich latach życia przyznawał, iż tradycyjne, konfesyjne formy wiary utraciły dawny wpływ na ludzkie zachowania oraz bieg historii. W jego ocenie nie współgrają one dobrze z tendencją człowieka, który przez dwa tysiąclecia od powstania chrześcijaństwa „dojrzał” do samodzielnego myślenia i podejmowania niezależnych decyzji. Jego przekonanie o konieczności zjednoczenia chrześcijaństwa z rzeczywistością – analogicznie do Wcielenia Słowa, które zjednoczyło się z człowiekiem i dokonało zbawienia tu, w świecie, a nie jedynie „w niebiosach” – czyli wcieliło się, aby być obecnym pośród ludzi i ich codziennych problemów. Podsumowując, Bonhoeffer stawia niejako Kościołowi pytanie: jak żyć w tym świecie wartościami chrześcijańskimi? Jak uczynić je przekonującymi dla niewierzących, których liczba stale rośnie?
W każdym razie Kościół stoi wobec czasów w pewnym sensie podobnych do epoki przedkonstantyńskiej, w której obecne były zakazy, prześladowania, brak wsparcia państwa, dominacja pogaństwa, a także męczennicy. Ci zaś – jak zauważył niegdyś Tertulian – są „zasiewem chrześcijaństwa”. Innymi słowy, można przypuszczać, że Kościół powraca do swoich źródeł. Oczywiście nie będzie to dosłowne odtworzenie pierwszych wieków po narodzeniu Chrystusa ani powrót do świata starożytnego, gdyż żyjemy już w trzecim tysiącleciu – w epoce technologii, komunikacji i nauki, w której większość ludzkości ma dostęp do edukacji i informacji, a wszelkie autorytety – w tym, a może przede wszystkim, autorytety kościelne – poddawane są wnikliwej weryfikacji i krytyce. Dawne formy bycia Kościołem utraciły zrozumienie w szerokich kręgach społeczeństwa i dla wielu stały się, w najlepszym razie, muzealnym reliktem.
Kościół jako zwiastun radości i nadziei
Należy unikać nazywania kryzysem tego, co nim nie jest w sensie ewangelicznym. Analizy socjologiczne, porównania czy wspomnienia przeszłości często rodzą w ludziach smutek, który bywa interpretowany jako „kryzys”. Tymczasem lektura Ewangelii ukazuje, że jej Założyciel, Jezus Chrystus, nie przywiązywał wagi do liczby, lecz do jakości, to znaczy do Królestwa Bożego. Nie koncentrował się również na „wrogich siłach” świata, nieustannie je krytykując czy zwalczając, lecz raczej pouczał swoich uczniów, jak trwać wobec ich naporu.
W przypowieści o domu zbudowanym na skale Chrystus zwraca uwagę nie na siły zagrażające budowli, lecz na jej fundament: „Każdy, kto przychodzi do Mnie, słucha moich słów i wypełnia je – pokażę wam, do kogo jest podobny. Podobny jest do człowieka, który budując dom, wykopał głęboko i położył fundament na skale. Gdy przyszła powódź, rzeka uderzyła w ten dom, lecz nie zdołała go zachwiać, ponieważ był dobrze zbudowany. Ten zaś, kto słucha, a nie wypełnia, podobny jest do człowieka, który zbudował dom na ziemi bez fundamentu. Rzeka uderzyła w niego, a on natychmiast się zawalił, a upadek jego domu był wielki” (Łk 6, 46–49; por. Mt 7, 24–27).
Wrogie siły świata były, są i będą obecne. Jednak – zgodnie ze słowami Chrystusa – nie one stanowią największe zagrożenie dla Kościoła. Zagrożeniem jest brak solidnego fundamentu. Skupiając się na walce z tymi siłami zamiast na umacnianiu fundamentu, rozmijamy się z Ewangelią. W tym kontekście warto wsłuchać się w słowa poprzedniego papieża Franciszka – choć i nie zawsze popularnego z innych powodów – który wzywał Kościół do radykalnego nawrócenia, a nie jedynie do powierzchownych zmian; do głębszego zakorzenienia w nauczaniu Kościoła, zamiast trwania w przesądach i powierzchownej pobożności; do autentycznej duchowości i żywej relacji z Bogiem, a nie jedynie rutynowego wykonywania praktyk religijnych; do stania się dla współczesnych ludzi zrozumiałymi i wiarygodnymi pasterzami – nie tylko dla tych, którzy pozostają blisko Kościoła, lecz także dla tych, którzy się od niego oddalili, często nie z powodu własnej grzeszności, lecz z powodu braku wiarygodności po stronie Kościoła.
Współczesny świat świecki poszukuje dziś innych sensów niż dawniej, często marginalizując Kościół. Jednak odrzucając wartości wyższe i sens ostateczny, pozostaje – często nieświadomie – z poczuciem pustki, która domaga się wypełnienia. Zwracają na to uwagę niektórzy współcześni myśliciele zachodni, na przykład niemiecki filozof Jürgen Habermas, który – mimo dystansu wobec chrześcijaństwa – wskazuje, że Kościół poprzez swoją naukę o Królestwie Bożym może nadać społeczeństwu głębszy sens i wypełnić tę pustkę, o ile znajdzie sposób adekwatnego jej przekazania[7]. Z kolei francuski filozof i teolog Jean-Luc Marion w książce „Wierzyć, aby widzieć”[8] podkreśla, że przyszłość Kościoła katolickiego nie zależy przede wszystkim od struktur, lecz od zdolności ukazania światu aktualności Boga. Oznacza to konieczność wejścia w dialog ze światem – niekiedy również w polemikę – lecz w sposób rzetelny, kompetentny i zakorzeniony w perspektywie chrześcijańskiej. Nie chodzi ani o nieustanne potępianie sekularyzacji, ani o bierną kapitulację wobec niej, lecz o głoszenie światu radości i nadziei, sensu i celu, Boga jako Stwórcy oraz miłującego Ojca.
Zadaniem Kościoła nie jest zatem potępianie „współczesnego świata” ani postrzeganie go wyłącznie w kategoriach „wrogich sił”, lecz dostrzeganie w nim – podobnie jak Chrystus w grzesznikach – swoich adresatów. Aby jednak byli oni gotowi słuchać, Kościół musi upodabniać się do Chrystusa: w prostocie, w otwartości wobec słabych i grzesznych, w głoszeniu radości i nadziei.
„Wy jesteście solą ziemi… Wy jesteście światłem świata” (Mt 5, 13–14). Słowa te wskazują kierunek działania Kościoła: nie chodzi o obecność wszędzie i we wszystkim, o wypełnianie sobą wszystkich instytucji, szkół czy nawet całych miast. Nadszedł czas, w którym Kościoła w wielu miejscach po prostu nie będzie. Jest to jednak szansa na przejście od ilości do jakości. Nie chodzi o to, by „przesolić” świat nadmiarem obecności, co prowadzi do odruchu odrzucenia, lecz aby – nawet w niewielkiej liczbie – być autentyczną solą, nadającą smak, sens i nadzieję. Podobnie światło ma nie oślepiać, lecz rozświetlać rzeczywistość i pomagać ludziom – często poszukującym i oddalonym od Boga – zbliżać się do Niego.
Nie wszyscy przyjmą to przesłanie z entuzjazmem; opór wobec Ewangelii był, jest i będzie obecny. Jednak – jak przypomina Chrystus: „Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować… lecz jeśli zachowali moje słowo, to i wasze zachowają” (J 15, 20). Kluczowe jest zatem głoszenie słowa z autorytetem wypływającym z życia oraz z solidnego przygotowania duchowego i intelektualnego.
Właśnie dlatego Kościół jest potrzebny: aby służyć, całym sercem Bogu i całym sercem człowiekowi, również temu, który znajduje się poza jego widzialnymi strukturami. Nie chodzi o pesymizm wobec spadku liczby wiernych, lecz o troskę o jakość życia chrześcijańskiego. Nie chodzi o nostalgię za przeszłością pełną dominacji, lecz o budowanie teraźniejszości i przyszłości inspirowanej Ewangelią. Chodzi o walkę – przede wszystkim z własnymi słabościami i grzechami – oraz o dostrzeganie w świecie nie przeciwników, lecz dzieci Bożych, którym należy ukazywać miłość Ojca, sens i nadzieję. Nie chodzi o utożsamianie się ze światem, lecz o jego przemienianie, pamiętając zarazem, że chrześcijanie „nie są z tego świata”. Jak zachęca Apostoł Piotr: „Pana zaś Chrystusa miejcie w sercach za Świętego i bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest – lecz czyńcie to z łagodnością i bojaźnią, zachowując dobre sumienie, aby ci, którzy zniesławiają wasze dobre postępowanie w Chrystusie, doznali zawstydzenia” (1 P 3,15–16).
[1] Luigi Giussani, Perché la Chiesa, t. 1, Milano 1990.
[2] Andrea Riccardi, La Chiesa brucia. Crisi e futuro del cristianesimo, Laterza, Rzym–Bari 2021.
[3] George Weigel, The Courage to Be Catholic: Crisis, Reform, and the Future of the Church, Basic Books, 2002.
[4] Por. kard. Walter Kasper, Kościół katolicki. Istota, rzeczywistość, posłannictwo, Kraków 2014, s. 64–73.
[5] Friedrich Nietzsche, Wiedza radosna, 125.
[6] Por. Dokumenty Soboru Watykańskiego II, Konstytucja duszpasterska Gaudium et spes, nr 4–10.
[7] Por. Jürgen Habermas, Glauben und Wissen, Frankfurt nad Menem 2001, a także inne jego książki i artykuły.
[8] Jean-Luc Marion, Believing in Order to See: On the Rationality of Revelation and the Irrationality of Some Believers, Fordham University Press, 2017.