W DNIU ZWYCIĘSTWA … Łzy chorego sumienia …

W Rosji, na Krymie świętowali kolejny raz,  „Dzień Zwycięstwa” z okazji 9 maja.  To już 71 lat jak zwyciężono faszystów…  Czas wojny to milony zabitych, rannych, zaginionych, których życie zostało zranione, pokaleczone. W sumie nie o to chodzi aby epatować złem, nienawiścią, czy prostą zgodą na życie, które i tak dalej toczy…

Jest taka historia dojrzałego mężczyzny, który urodził się w Charkowie, już po wojnie, a dla którego majowy „Dzień Zwycięstwa” kojarzy się z historią Josiji.

Władimir wspomina:

Miałem wtedy sześć lat, moja babcia prowadziła mnie do parku im. Gorkiego. Był maj i zbliżało się dużymi krokami  Święto (9 maja).  Już wiedziałem, że jest to Dzień Zwycięstwa, ale nie wiedziałem co to jest wojna.  I oto na skrzyżowaniu ulic Dzierżyńskiego i Majakowskiego, przy wejściu do sklepu z mlekiem spotkałem się z nią. Z wojną.  Jako wychowany i kulturalny chłopiec przywitałem się z nią, i tak jak uczył mnie dziadek, zapytałem:  „ Josija, jak żyjesz? Jak Twoi rodzice?” Sens tych pytań był dla mnie wtedy niezrozumiały, trzeba było trochę podrosnąć aby to zrozumieć. Ten do którego skierowałem swoje pytania popatrzył na mnie, poznał mnie, i zaczął opowiadać, jak to kiedyś z mamą chodził na Błagbaz (Centralny Rynek) kupować buty dla szkoły, o tym, że jutro z tatusiem idzie do zoo jeździć na kucyku, a latem pojadą z całą rodziną do Chersonu. Kochani, ja na prawdę wtedy się bałem! Przede mną stał wysoki, chudy Żyd, wiek około 40 lat, całkowicie siwy, dokładnie zapięty na ostatni guzik jak uczeń ze szkoły podstawowej.  Ten człowiek cały czas opowiadał swoją historię, mówił o trudnościach bytowych i płakał. Wargi opowiadały o kucyku i o Chersonie, a z oczu ciągle kapały łzy. Najstraszniejszy w tym wszystkim był czajnik. Jaki czajnik? Czajnik z mosiądzu, o pojemności 3 litrów, wypełniony małymi, niepotrzebnymi rzeczami.  Możecie sobie wyobrazić obraz namalowany olejnymi farbami?  To był bardzo znany na całe centrum Charkowa,  Josija z czajnikiem.  Owoc wojny, sumienie naszego osiedla. Codziennie, każdego Bożego dnia on wychodził na skrzyżowanie ulic Dzierżyńskiego i Majakowskiego, zajmował pozycję przed sklepem z mlekiem i patrzył na balkon znajdujący sie na drugim piętrze domu nr 76. Cały czas kurczowo trzymał czjnik. Ten czajnik był dla Josija zarówno porponetką, workiem na zakupy, okładką na dokumenty. Nawet u miejscowych chuliganów nie przyszlo do głowy, aby coś ukraść Josiji. Jeśli coś takiego się zdarzyło potrafili delikwenta pobić  prawie do śmierci. Wszyscy znali historię Josiji.

Historia była taka. Kiedy Niemcy po  raz pierwszy weszli do Charkowa, rodzina Josji nie zdążyła się ewakuować. Ich mieszkanie na drugim piętrze domu nr 76,  spodobało się dwóm niemieckim oficerom. Aby zbyt długo się nie ”ceregielić”, i od razu „rozwiązać problem żydowski”  –  rodziców Josiji powiesili na ich balkonie.  Przed śmiercią mama Josiji położyła do czajnika trochę pieniędzy i wyprowadziła swojego syna przez wyjście awaryjne, żeby poszedł kupić mleko.  Czy coś z tego zrozumiał, mały sześcioletni dzieciak?  Po mleko, znaczy po mleko… Josija stał przed sklepem i wszystko widział, i kedy zrozumiał co się wydarzyło – posiwiał i zwariował.  Od tego dnia, on  zawsze miał sześć lat, i cały czas czekał przed sklepem, kiedy przyjdzie po niego mama.  Josijia ukrywali  przed Niemcami do 1943 roku. Później, po wyzwoleniu,  on znowu przyszedł na swoje miejsce. Na pewno zapytacie, dlaczego trzeba było z nim rozmawiać i pytać o rodziców? To był jedyny sposób wyprowadzić Josiju z takiego psychicznego stanu, zaprowadzić do domu, nakarmić, doprowadzić do porządku. Pieniądze w czajniku nie były miłosierdziem, o nie. Mój dziadek mówił, że są to łzy chorego sumienia.

Ostatni raz widziałem Josija z czajnikiem, kiedy była wiosna 90-tego roku. On był taki sam, siwy, z dokładnie zapiętymi guzikami i stał przed sklepem z mlekiem. I znowu zbliżało się Święto Zwycięstwa.