Dziś dzień Matki Bożej Bolesnej. Wspominam pierwsze dwa lata kapłaństwa spędzone w Jej domu, u Panny Marii w Jarosławiu. Tak pewnie do dziś mawiają miejscowi: że idą do Panny Marii, a nie że do dominikanów. I słusznie, bo przed nami byli tam jezuici, a celem jest Ona.

„Mieczem dusza rozdarta –

Krwawiąca rana otwarta:

Czym zleczyć żałość? Czym?”

To urywek ze Stabat Mater w przekładzie siostry Nulli.

Lubię wracać do Jarosławia. Okazją jest przeważnie festiwal muzyki dawnej w ostatnim tygodniu sierpnia. Chwyta mnie za serce widok naszego klasztoru z okna pociągu. Wśród klasztornych fresków zawsze z radością odnajduję panoramę mojego rodzinnego miasta, Torunia, jednego z miejsc, do których zawędrowała jarosławska Pieta. Dobrze pamiętam, jak przed jarosławską Madonną Bolesną śpiewała Marta Sebestyen, dając bardzo osobisty występ, jak gdyby rozmowy z Matką Bolesną.

Pieta zaprasza do modlitwy i uczy, jak się modlić. Nie będę tu teoretyzować, tylko podzielę się swoim doświadczeniem.

Najpierw jest to modlitwa adoracji. Patrzeć na Jezusa i Jego Matkę; dokładniej: tak patrzeć na ich wizerunki, żeby być z Nimi. Patrzeć z wiarą – tak, żeby w człowieczeństwie Chrystusa adorować Boga; tak, żeby w udręczonym ciele zobaczyć wieczne piękno.

Modlitwa skruchy. Wobec ofiary Chrystusa i cierpienia Matki człowiek inaczej patrzy na swoje wygodnictwo, na złe traktowanie innych i na to wszystko, co zasmuca Boga.

Modlitwa wdzięczności. Dziękczynienie Bogu za życiodajną ofiarę Krzyża, za przemianę drzewa śmierci w drzewo życia. Wdzięczność dla Maryi – za to, co o. Jan Góra streszczał jako jej Fiat, Magnificat i Stabat.

Modlitwa prośby. Tyle spraw i tyle osób, za którymi powinienem się wstawiać. Prośba przed Pietą ma swoją powagę. Nie sposób tu modlić się o życie usłane różami.

I znów adoracja; taka, która pomaga przejść od wzruszenia Jezusową Męką i mieczem boleści, który przeszył serce Matki, do współczucia dla bliźnich, a od współczucia do czynów miłosierdzia.

A gdy będziem umierać, racz, o Pani, przy nas stać.