W niezastąpionym Słowniku Teologii Biblijnej można znaleźć hasło „imię”. Nie zamierzam go tu streszczać. Zapraszam do wspólnej refleksji o sensie słów, o nazywaniu rzeczy po imieniu i o odnajdywaniu swojego imienia. Do tych rozmyślań skłoniła mnie piosenka pewnej dziewczynki. Sięgnąłem ponownie po jedną z ukochanych książek, Czarnoksiężnika z Archipelagu Ursuli K. Le Guin, i zamyśliłem się nad imionami.

1. Nazywać rzeczy po imieniu

… znać prawdziwe imię każdej kropli wody w morzu…
Albowiem magia zawiera się w tym właśnie, w prawdziwym nazywaniu rzeczy.
(cytaty z Czarnoksiężnika z Archipelagu podaję w przekładzie Stanisława Barańczaka)
W świecie Ziemiomorza opisywanym w książkach Le Guin magia jest niczym innym niż nazywaniem rzeczy po imieniu. Tak zwana Stara mowa to język, który doskonale opisuje świat, to język prawdziwy. To przeciwieństwo naszego codziennego języka, tego z książki czytanej przez Hamleta:
– Co czytasz, książę?
– Słowa, słowa, słowa…
Słowa jak zwietrzała sól, bez smaku, bez treści. Słowa jak wata. Jak wypłowiała trawa.
W Ziemiomorzu znajomość Starej mowy jest przywilejem czarodziejów. Przywilejem? Adepci magii spędzają długie godziny ucząc się na pamięć imion każdego przylądka, cypla, zatoki, cieśniny, przystani, kanału, portu, mielizny, rafy i skały na wybrzeżach Lossow, małej wysepki na Morzu Pelnijskim. Celem tej żmudnej nauki nie jest bynajmniej panowanie nad światem. Co jest celem? Zachęcam do lektury; cytowany tu pierwszy tom opowieści o Ziemiomorzu jest najlepszy.
Marzę o języku, który pozwala dokładnie opisać rzeczywistość, odpowiednie dać rzeczy słowo, a raz po raz muszę przytaknąć Magdalenie Tulli: Dwuznaczność jest [powiedziałbym: bywa] skutkiem nazywania rzeczy po imieniu. Mimo najlepszych chęci mówiącego i słuchacza nieraz nie dochodzi do zrozumienia, nie mówiąc o porozumieniu. A nie mam przecież na myśli takiego nazywania rzeczy po imieniu, takiego mówienia jak jest, które jest propagandą, przekonywaniem innych, że jest tak jak ja uważam. Nie mówię o wymianie myśli: twoich gorszych na moje lepsze.
W Księdze Rodzaju czytamy: Ulepił więc PAN Bóg z ziemi wszelkie dzikie zwierzęta i wszelkie ptactwo powietrzne. Przyprowadził je do człowieka, aby dowiedzieć się, jak on je nazwie. I wszystkie żyjące istoty miały się tak nazywać, jak on je nazwał. Człowiek nadał nazwę wszelkiemu bydłu, wszelkim ptakom powietrznym i dzikim zwierzętom (Rdz 2,19-20). Nazywanie rzeczy to zadanie i przywilej człowieka, to naśladowanie Boga, który bezmiar gwiazd przelicza, nadaje im wszystkim imiona (Ps 147,4). Nazwać rzecz po imieniu to poznać jej istotę i wziąć ją w posiadanie. Nie po to, by manipulować czy zniszczyć, ale użyć zgodnie z jej imieniem, z jej przeznaczeniem.
Adam, póki był w Raju, nazywał rzeczy po imieniu. My, wygnańcy, synowie Ewy, mamy z tym trudności.
2. Nie zgubić własnego imienia
Ged wzdychał czasami, ale się nie skarżył. Widział, że w tym nudnym i niezgłębionym przedmiocie, polegającym na uczeniu się prawdziwych imion każdego miejsca, rzeczy i stworzenia, moc, której pragnął, leży jak klejnot na dnie wyschniętej studni.
Poznanie własnego imienia także wymaga pracy. Nie tylko inni ludzie nas wkładają do szufladek, ale i my sami nieraz tam wskakujemy. Poznałem niedawno przemiłych ludzi, którzy w pewnym momencie wyznali: my jesteśmy ABCD-owcami (skrót był oczywiście inny). Co odpowiedzieć na takie dictum? To tak jak ja? A może: a ja jestem XYZ-owcem? Albo: mnie to nie interesuje? Nie ma dobrego rozwiązania. Nie chodzi mi nawet o to, że takie deklaracje wymuszają spór (zwykle jałowy) albo zamykają w kręgu osób czytających tę samą prasę i odrzucających tych samych ludzi. Problem jest, jak sądzę, głębszy: człowiek sam siebie pomniejsza, zawężając swoje ja do bycia członkiem grupy, która ma krótki żywot i jeszcze mniejsze znaczenie. To imię jest za małe.
Zapytano kiedyś Vaclava Havla, jak się czuje jako były prezydent. W odpowiedzi przypomniał, że jest również byłym opozycjonistą; wymienił jeszcze parę swoich „byłych tożsamości”, po czym stwierdził, że z bycia byłym prezydentem nie zamierza robić zawodu.
3. Prawdziwe Słowo, prawdziwe imiona
Zwycięzcy dam mannę ukrytą i biały kamyk. Na kamyku wypisane będzie nowe imię, którego nie zna nikt poza tym, kto je otrzymuje. (Ap 2,17)
Ursula Le Guin opisuje Starą mowę, język nazywający rzeczy po imieniu. Według Księgi Rodzaju Adam mówił takim właśnie językiem, naśladując Boga, który nazwał światłość dniem, a ciemność – nocą. Księga Rodzaju mówi jeszcze więcej i wznioślej, kiedy pokazuje Boga, który mówi, a to, co powie, staje się rzeczywistością. Bóg rzekł: „Niech się stanie światłość”. I stała się światłość. Apostoł Jan swym orlim wzrokiem sięga dalej i pisze Prolog swej ewangelii – wiersz o Słowie. To już nie język, ale jedno Słowo. To Słowo równa się Myśl, Mądrość, Sens, Pojęcie, Zasada. To Słowo jest osobą, Synem Bożym. Jedno Słowo, a obejmuje wszystko, co było, jest i będzie. Tym bardziej niepojęte i wzruszające jest to, że Słowo stało się Ciałem, że Nieskończony przyjął granice jednego ludzkiego życia, że Okryty Chwałą dał sobą wzgardzić, że Król nad wiekami stał się śmiertelnikiem. Pomyśleć tylko: Słowo obejmujące wszystkie słowa nie od razu wypowiedziało swoje pierwsze mama.
Jezus – Słowo – nowy Adam nazywa rzeczy po imieniu, mówi tak, jak nikt przed Nim i po Nim. Nadaje imiona uczniom, i to takie, które zdają się ich przerastać. Piotr-Skała to imię-zadanie, imię na wyrost, imię, do którego Szymon musi dorosnąć. Rybacy ludzi – to imię, którego sens trzeba rozgryźć.
Jezus nie przestaje nadawać imion. Albo inaczej: wciąż przybywa tych, którym nadał prawdziwe imiona. Nazywa nas światłem świata, swoimi przyjaciółmi, braćmi i siostrami, a nawet matką. Słowo stało się bratem, a więc zostaliśmy nazwani synami Bożymi i rzeczywiście nimi jesteśmy. Jestem dzieckiem Boga, bratem Jezusa i dziedzicem Królestwa. Mam dorastać do miary synostwa i braterstwa, jaką Chrystus pokazał na krzyżu. Mam i mogę dorastać do swojego imienia, bo przyjąłem Ducha przybrania za synów (Rz 8,15).