Na Zesłanie Ducha Świętego – parę słów o niewidocznych darach, niewypowiadalnych westchnieniach, a także o Bachu.

Rodzice nie dają dzieciom kamienia zamiast chleba, węża zamiast ryby ani skorpiona zamiast jajka. Tym bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą (Łk 11, 13).

Przyjmowanie Bożych darów to sztuka. Trzeba mieć dość pokory, żeby prosić, a nie żądać. Trzeba wiele zrozumienia, żeby wiedzieć, że Bóg nie daje nam złotych gór, bo ich nie obiecywał. Daje o wiele więcej. Daje siebie. Bóg to prawdziwy Abraham, który złożył swego Syna w ofierze. On własnego Syna nie oszczędził, ale wydał Go za na wszystkich, dlaczego więc nie miałby nam ofiarować wszystkiego wraz z Nim? (Rz 8, 32). Dobry Ojciec daje ni mniej nie więcej, tylko Ducha Świętego. Nie jakąś rzecz czy wiele rzeczy. Ba, daje o wiele więcej niż dary Ducha Świętego. Bo sam Duch to nieskończenie więcej niż dary Ducha.

Święty Paweł wielokrotnie medytował nad tym, że moc Boża współistnieje w nas z naszą słabością. Do tej medytacji przyłączył się Jan Sebastian Bach. Motet „Der Geist hilft unser Schwachheit auf” (link prowadzi do wykonania i komentarzy) to muzyczne opracowanie innych słów z Listu do Rzymian. Tekst wybrał dyrektor szkoły, w której Bach uczył i prowadził chór. Pan Ernesti wybrał ten tekst na swój pogrzeb, ale utwór idealnie nadaje się na Zielone Święta.

Oto tekst, a raczej jego pierwsza część, ta z Listu do Rzymian. Druga część motetu to pieśń Lutra – modlitwa do Ducha Świętego.

Duch przychodzi nam z pomocą w naszej słabości. Gdy nie wiemy, jak mamy się modlić, Duch wstawia się za nami wołaniem bez słów. A Bóg, który przenika serca, zna pragnienie Ducha, ponieważ to właśnie zgodnie z Jego wolą Duch wstawia się za świętymi. (Rz 8, 26-27)

Bach komentuje te słowa. Podkreśla słowo słabość (Schwachheit), wskazując jasno i wyraźnie, że Bóg nie usuwa naszej słabości, ale daje nam Ducha mocy. W uszy rzuca się również powtarzane nichtnie wiemy, jak mamy się modlić. I tu następuje moje ulubione miejsce tego motetu, jak na mój gust troszkę zagonione w wykonaniu z linku. Kto może, niech sprawdzi nagranie pod dyrekcją Philippe’a Herreweghe. Otóż Jan Sebastian sugestywnie odmalowuje wołanie bez słów czy niewymowne westchnienia. Słowo Seufzen powtarza się wielokrotnie, z użyciem retoryczno-muzycznej figury westchnienia na pierwszej sylabie (niemieckie eu brzmi jak oj, ale słychać o). To niewysłowione błaganie, ale czasem i trudne do wyrażenia dziękczynienie. O tym trzeba będzie napisać innym razem.