O tajemniczej formule i ukrytym marzeniu Boga Ojca

Zanim podzielę się refleksjami na kanwie czytań V niedzieli wielkopostnej roku B, winienem parę słów o poniedziałkowym koncercie.

Było wspaniale. Na festiwalu w Jarosławiu swego czasu odbył się (czy miał się odbyć, nie pomnę) Koncert Przyjaciół. Takie właśnie było to wydarzenie w Studiu im. Lutosławskiego. Wśród wykonawców i publiczności mnóstwo znanych twarzy. A na estradzie dwie godziny muzyki, która czasem układała się w płynną całość, a czasem łączyła się na zasadzie kontrastu. Zespoły, w których grywa i śpiewa Maciej. Instrument, na którym gra najchętniej (viola da gamba). Chorał gregoriański, gallikański i neobizantyjski (ten ostatni ze współczesnym polskim tekstem). Muzyka ludowa z żywej tradycji i rekonstruowana z osiemnastowiecznych źródeł. Barok francuski i niemiecki. Improwizacje fortepianowe. I wreszcie wzruszony głos Macieja płynący z głośników. Bądź zdrów, Maćku!

A teraz o czytaniach.

Marzenie rodziców? Dobre dziecko. Po prostu dobre, z głębi serca, nie na pokaz, nie dla nagrody czy z lęku przed karą.

Marzenie Boga – o mnie i dla mnie? Dokładnie to samo. Według Jeremiasza: Umieszczę swe prawo w głębi ich jestestwa i wypiszę na ich sercach. Prawo wyryte na sercu to Duch Święty, który sprawia, że człowiek czuje, myśli, mówi i działa po Bożemu. Dosłownie: jak Boże dziecko. Jak Jezus. Innymi słowy, marzeniem Boga jest to, co brzmi już chyba tylko jak wytarty zwrot: bracia i siostry w Chrystusie. A to przecież potężne słowa.

Umieszczę swe prawo… Jakie prawo? Ewangelia dziś podaje coś, co można by nazwać prawem, regułą czy zasadą. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. Ciekawe, że te słowa zapisał św. Jan. Dlaczego ciekawe? Bo one już zostały zapisane w pozostałych ewangeliach (u Mateusza dwa razy), a Jan z zasady nie powtarza ich słów. Różnice są niewielkie, np. u Mateusza (16,25) czytamy: Kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. To musi być coś bardzo ważnego, skoro tak się powtarza. Tajemnicza formuła.

Oczywiście, nie chodzi o nienawiść do życia. Raczej o to, co wyraża porównanie, którym Jan poprzedza to zdanie: Jeśli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie samo jedno, ale jeśli obumrze, przynosi plon obfity. Można by z tego powiedzenia zrobić bajkę. Zbierają się ziarna pszenicy, żeby dyskutować o tym, jak na zawsze zachować ziarnowatość. Wolne żarty! Ziarno się spełnia przestając być ziarnem. Tak działa przyroda. A człowiek? Z dziecka staje się młodym, dorosłym, dojrzałym, starcem. Są zmiany, na które nie mamy wpływu, i takie, które od nas zależą. Odkładanie przez lata ważnych decyzji; pozowanie na młodzieńców przez ludzi nominalnie dorosłych; zamknięcie się w świecie ustalonych raz na zawsze opinii; wreszcie życie tylko dla siebie – to niektóre negatywne przykłady odmowy rozwoju. Ziarno, które pozostaje samo.

To coś, jak w baśniach: dobry dzieli się skarbem, zły myśli, że w skrzyni od czarodzieja ma złoto tylko dla siebie, a po otwarciu znajduje piasek.

Ks. Franciszek Blachnicki nazywał zasadę, o której mowa, prawem życiodajnej śmierci. Do mnie przemawia przykład dobrze zapowiadającego się poety i aktora, który jednak wybrał kapłaństwo. Potem oddalił się od duszpasterzowania młodzieży na rzecz pracy naukowej. I tę zostawił dla biskupstwa. Potem opuścił Kraków dla Rzymu. A przecież w posłudze Jana Pawła II było coś z poezji, aktorstwa, bliskiego duszpasterskiego kontaktu i precyzji myślenia.

Na koniec miał udział z Chrystusem w tym, o czym mówi drugie czytanie. Jezus modlił się w Ogrójcu o wybawienie od śmierci. I został wysłuchany dzięki swej uległości, mówi Pismo święte. Wybawiony od śmierci dzięki temu, że zwycięsko przeszedł przez śmierć. Wyzwolony nie w ostatniej chwili, ale po niej. Uratowany i ratujący na zawsze. Zbawiciel – Wybawca – Ratownik – Życie – Słońce, które nie zna zachodu. Jezus, Życie i Zmartwychwstanie nasze.