O sensie niedzielnej mszy, a także o ludzkich głosach i malarstwie socrealistycznym

Kiedy życie traci dyscyplinę celu, przeradza się w zabawę pięknoducha. Ale kiedy wtłoczymy je w sztywne ramy światopoglądu opartego na zasadzie celowości, życie obumiera. (…) Cel wyznacza dążenia, organizuje pracę; sens jest treścią życia, kwitnącego, dojrzewającego życia. Są to powiązane wzajemnie bieguny egzystencji: cel i sens, dążenie i wzrost, praca i wytwarzanie, porządek i twórczość. (Romano Guardini, O duchu liturgii, z rozdziału Liturgia jako zabawa, tłum. Jan Koźbiał w zbiorze Bóg daleki, Bóg bliski)

Kim jest chrześcijanin?

Chrześcijanin to ktoś, kto w niedzielę chodzi do kościoła.

Powyższa definicja z pewnością nie wyczerpuje tego, do czego jest powołany wyznawca Chrystusa. Miłośnik precyzji będzie oponował, że są tacy, którzy do kościoła chodzić nie mogą. Ktoś inny oburzy się, że nic się tu nie mówi o czynach miłosierdzia, a nawet o treści wyznawanej wiary. Jeszcze ktoś przytoczy zgrabne powiedzonko, że przez samo chodzenie do kościoła nikt się nie stał chrześcijaninem, tak jak przez chodzenie do garażu nie sposób stać się samochodem.

Cytat z Guardiniego nie może zastąpić całego rozdziału, z którego został zaczerpnięty. Niemiecki teolog rozważa tam pokrewieństwo liturgii z innymi ludzkimi działaniami, które nie prowadzą do osiągnięcia jakiegoś celu, ale spełniają się niejako same w sobie. Nie mają celu, ale mają sens. Sztuka, która stawia przed sobą cele, przeradza się w propagandę. Tu dygresja: profesor Jordan Peterson (o którym kiedyś warto by napisać osobno) zbiera od lat obrazy epoki sowieckiej. Czemu? Kluczowym impulsem jego badań nad osobowością była chęć zrozumienia psychologii totalitaryzmu XX wieku. Kolekcjonerska pasja służy między innymi przyglądaniu się, jak malarze walczyli o to, żeby ich dzieła nie stały się li tylko narzędziami propagandy, ale były wyrazami powołania artysty. Kończąc dygresję: wieszanie na ścianie domu (soc-)realistycznego obrazu przedstawiającego np. rakietę kosmiczną nie tylko służy jakiemuś celowi, ale ma sens samo w sobie. Wszak przyjemnie popatrzeć na porządnie namalowaną rakietę. Czyż nie?

Stałość czy monotonia?

Msza święta również nie jest działaniem nastawionym na cel. Ba, nawet i homilia nie sprowadza się do zbioru praktycznych wskazówek. A raczej: źle się dzieje, kiedy kazanie staje się pouczeniem o tym, co trzeba robić. Pomyślmy tylko: oto niedziela, święty dzień wyjęty z całego tygodnia; w nim godzina poświęcona na świętą liturgię. Niedziela jak oprawa klejnotu, msza jako sam klejnot. Modlitwa chwały, pamiątka śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, udział w Jego ofierze. Aż tu nagle: słowa, słowa, słowa o tym, co będzie jutro. W samym środku święta: kierat; w złotej oprawie: szarość. Ale nuda! I jeszcze gorsza nuda: słowa o nas, o mnie, o tobie.

Dni powszednie bywają aż nadto powszednie, aż za bardzo powtarzalne. Nudne. W kościele też się wszystko powtarza, słowa i gesty. Co tydzień to samo Kyrie i Panie, nie jestem godzien. Co roku Boże Narodzenie i Wielkanoc. Co trzy lata te same czytania. Ale te kościelne powtórzenia nie mają w sobie nic z nudy. To stałość, nie monotonia. Nie koło, ale spirala prowadząca w głąb.

Świątynia piękna, piękna świątynia

W ten weekend (Co to takiego, ten weekend? – pytała stara dama w serialu Downton Abbey) wpadła do Pragi znajoma gambistka Justyna Rekść-Raubo. Sama zaproponowała, że zagra na niedzielnej mszy świętej. Zabrzmiały więc Les voix humaines, czyli Ludzkie głosy Marina Marais i jeszcze jeden utwór, którego tytułu nie pomnę – rondo z motywem przypominającym Prząśniczkę. Parę godzin później słyszałem ludzkie głosy śpiewające gromko a fałszywie Marsyliankę. A oto jak viola da gamba oddaje brzmienie ludzkiego głosu, jego śpiewność i westchnienia. Nie mam nagrania Justyny. Oto czeski gambista, Petr Wagner.

To nic, że jest to świecki utwór. Piękno jest atrybutem Boga. W kościołach jest i powinno być wiele piękna. Oblubienica obsypuje Ukochanego tym, co ma najpiękniejszego. Ona mu to piękno poświęca, daruje, a w gruncie rzeczy oddaje. Kościół siebie oddaje Bogu. Kiedy śpiewamy, pięknie oddychamy. Przyozdabiamy oddech melodią. Przy tym sami siebie nasycamy pięknem.

Doprawdy, niedzielna msza święta to święto: godzina poza czasem, zatrzymanie czasu takie jak w kompozycji Marina Marais. To niebo na ziemi. Czas spędzany bez celu, ale z sensem. Czas zmarnowany dla Boga, jak olejek, którym Maria namaściła stopy Jezusa w Betanii.

W pierwotnej wersji sławnych 12 życiowych zasad dr Peterson radzi, żeby postępować tak, aby można było o tym działaniu powiedzieć prawdę: Act so that you can tell the truth about what you act. W książce pisze o głębszym znaczeniu tej reguły – o tym, że wyrażamy się naszym postępowaniem, że ideałem jest pełna harmonia pomiędzy tym, w co ktoś wierzy, a tym, jak żyje.

Sens i cel – raz jeszcze

Wróćmy do niedzielnej mszy świętej. Przy wejściu nikt nie pyta o narodowość ani o to, na jaką partię się głosowało. Stajemy przed Bogiem jako grzesznicy, prosząc siebie nawzajem o modlitwę. Nazywamy Boga Ojcem, więc siebie braćmi. Słuchamy opowieści o Jezusie. Przyjmujemy jedno Ciało, żeby się stawać jednym ciałem. Powtarzamy słowa i gesty, w ten sposób – bodaj nieświadomie – wskazując, jak są dla nas ważne i kochane. Spędzamy czas z Ukochanym. Zachowujemy się jak Oblubienica – Kościół. Odgrywamy rolę, w głębokim sensie tego słowa.

A jak to było z apostołami? Głosili nadejście Królestwa już tym, że chodzili po dwóch, że musieli się dogadywać. A Jezus? Syn Boży zbawił nas stając się człowiekiem. Wolno użyć takiej formuły: Jezus jest Zbawicielem, bo JEST Bogiem-Człowiekiem. To, co zrobił, wynika z tego, kim jest. W krzyżu Chrystusa, czyli w krzyżu śmierci i zmartwychwstania, poznajemy Boga. Bóg to ktoś, kto oddał życie za człowieka.

A my? Podobnie. Chodzimy do kościoła, żeby być sobą.

Na deser: ludzki głos, dwie wiole i klawesyn.