O wiedzy, mądrości i wszystkim po trochu

Z góry przepraszam, że to będą uwagi luźne, może nawet chaotyczne. Cierpliwy czytelnik może jednak skorzystać, bo być może dowie się czegoś nowego, a na pewno przeczyta na koniec urywek dobrej prozy (w moim amatorskim przekładzie z czeskiego). Impulsem do napisania tych uwag były czyjeś długie komentarze pisane na tzw. mojej ścianie (wirtualnej) mające zwykle charakter ostatniego słowa w danej sprawie (Roma locuta, causa finita). Odpisałem, że już nie czytam takich komentarzy. Nadeszła pora, by się wytłumaczyć.

Wszyscy znamy opowieść o tym, jak Stańczyk wybrał się na krakowski Rynek z obwiązaną twarzą. Po powrocie doniósł królowi, że wszyscy znają się na bólu zębów. W naszych czasach Stańczyk nie potrzebowałby wychodzić z domu. W internecie wszyscy się znają na wszystkim, od dzików po dinozaury, od konstytucji po katastrofy lotnicze. Ludzie szczodrze dzielą się swoimi opiniami, jak gdyby odpowiadając na wyimaginowane zapotrzebowanie; tak jakby świat zamarł w oczekiwaniu, co NN powie o sprawie X.

Prawdziwi znawcy

Timothy Snyder w Dwudziestu lekcjach z XX wieku przeciwstawia rzetelną prasę amatorom prowadzącym blogi i podcasty. Może to jest jakieś rozwiązanie? Zaufać dziennikarzom? Wątpię. Wielokrotnie nagradzany Claas Relotius nie był pierwszym dziennikarzem, który zmyślał. A ostatnia afera wokół chłopców ze szkoły w Covington? To pokazowy przykład braku odpowiedzialności za słowa i ulegania uprzedzeniom. W tej sprawie profesjonaliści palcem nie kiwnęli, żeby poznać prawdę. Osądzili i potępili, zanim poznali fakty. Wyjątkowo paskudna historia. Dla równowagi odrobina optymizmu w tekście Jeffa Jarvisa.

Są na tym świecie uczeni. I z nimi różnie bywa. Ostatnia afera wokół tzw. grievance studies obnażyła poziom niektórych akademickich periodyków (głównie z dziedziny gender studies) i ich recenzentów. Krótko mówiąc, redaktorzy i recenzenci potraktowali poważnie artykuły pisane po to, żeby ukazać, do jakich absurdów można się posunąć. Pouczająca sprawa, ale nie wypada mi pisać o szczegółach. Kto chce, łatwo znajdzie i same artykuły, i ich omówienie. A u nas? Niedawno wiele się mówiło o jednym z raportów Centrum badań nad uprzedzeniami. Wspomniany komentator z mojej wirtualnej ściany pisał swego czasu, że badania tegoż ośrodka niezbicie coś wykazały. Przyznaję, że styczniowy raport Centrum wziąłem za dobrą monetę. Po przeczytaniu krótkiego komentarza Krzysztofa Krakowskiego śmieję się z własnej naiwności. [Po uwadze P. T. Czytelnika wyjaśniam: przekonała mnie argumentacja p. Krakowskiego; zmiana oceny raportu miała u mnie charakter merytoryczny.] Jaki stąd wniosek? Prosty: są rzeczy, na których się znam; są takie, na których się nie znam, ale mam powody, żeby ufać znawcom. I niestety są sprawy, w których trudno ufać tym, którzy przedstawiają się jako znawcy, a człowiek nie ma czasu albo odpowiedniej wiedzy, żeby rzecz sprawdzić samemu.

Zamiast dalszych przykładów – poetyckie podsumowanie. Tako rzecze Eliot (w przekładzie Adama Pomorskiego):

Gdzież jest ten Żywot utracony w życiu?

Gdzież mądrość utracona w kunszcie wiedzy?

Gdzież wiedza utracona pośród wiadomości?

Prawda, że wizja regresu, od mądrości przez wiedzę do wiadomości, jest dziś jeszcze bardziej aktualna? Ba, te wiadomości to zalew faktów i nie-faktów (fake news, jak się teraz mówi), ważnych i nieważnych, stawianych na równi.

Na koniec, na deser, na osłodę – nekrolog. Zacząłem od Stańczyka, zakończę słowami o innym wesołym mędrcu.

Dobry Chesterton

Był bardzo gruby, bardzo zakłopotany i bardzo żywy; ogromne ciało z dziecięcymi lokami, wąsem muszkietera i kokardą przedstawiciela bohemy pod całym zestawem bród i podbródków. A przecież ta rozległa cielesność na swój sposób odpowiadała niezwykłemu i subtelnemu duchowi, który ją aż do tych dni tak wyraźnie ożywiał. Był to duch zarazem skłonny do zabawy, jak i rycerski, łobuzerski i niezmiernie mądry, duch poety humorysty, polemisty, filozofa, fantasty i głęboko wierzącego a pełnego humoru katolika. O dziwo, trzeba tylu słów, żeby wyrazić człowieka, który bynajmniej nie był złożony. Obfitość tych atrybutów po prostu odpowiada obfitości i bogactwu życia tryskającemu spod jego pióra. Jego niewyczerpalny paradoks polegał na tym, że wypowiadał myśli niemal oczywiste; że wesoło i pełnym gardłem chwalił rzeczy, które znalazł w manatkach zwykłego ludzkiego życia: wiarę, demokrację, ład i zaufanie. Był jak czarodziej, który wyciąga króliki z kapelusza czy skądś; najpoważniejsze prawdy, najbardziej wzniosłe wyzwania wysypywał ze swego humoru, skłonnego do zabawy i życzliwego; był to skaczący filozof, który fikał koziołki z samej radości, że może zajmować się prawdą i powagą nieśmiertelnego człowieka. Nie próbował mieć więcej rozumu albo widzieć rzeczy inaczej niż „zwykły, pijący piwo Anglik”. Ale za to bronił prostoty i konserwatywności ludzkiego życia z najwspanialszym geniuszem poety i zarazem apostoła. I jego dzieło to, mówiąc w skrócie, wielka apologia religii i katolicyzmu. Ale nie mówił jak ponury kaznodzieja, ale jak wesoły wierny, którego rozpiera optymizm, błazeńska łobuzeria i gargantuiczna pulchność. Nie wiemy, jaka jest w niebie nagroda za humor; ale jeśli ma on tam choćby skromne miejsce honorowe, to Gilbert Keith Chesterton, Anglik, zasługuje na jakiś stopień błogosławieństwa, a jego święto mógłby na wieki obchodzić cały ludzki świat bez względu na wyznawaną wiarę.

Karel Čapek, Lidové noviny, 16 czerwca 1936, dwa dni po śmierci Chestertona