Mariusowi Petersonowi – z wdzięcznością

Sei Solo – taki napis widnieje na rękopisie zawierającym sonaty i partity Jana Sebastiana Bacha na skrzypce solo. Czemu nie  sei soli – sześć utworów solowych, tylko  sei solo? Pomyłka czy zamierzona dwuznaczność?  Sei solo – jesteś sam. Zdaje się tak mówić Jan Sebastian do siebie, opłakując śmierć pierwszej żony Marii Barbary.

Sei solo – to również temat tegorocznego festiwalu Pieśń naszych korzeni w Jarosławiu. Po przedwczesnej śmierci poprzedniego dyrektora, Macieja Kazińskiego, jego przyjaciel Marius Peterson, śpiewak i aktor rodem z Estonii, podjął się prowadzenia festiwalu. Odważył się przygotować edycję inną niż wszystkie poprzednie. Zamiast śpiewu – instrumenty, zamiast zespołów – soliści. Sami. Bez akompaniamentu.  Sei soli – sześć solowych recitali. Skrzypce, fortepian, wiolonczela, oud (lutnia arabska), viola da gamba, flet. Mistrzowie: Sirkka-Liisa Kaakinen-Pilch, Aleksiej Lubimow, Bruno Cocset, Yurdal Tokcan, Paolo Pandolfo i Francois Lazarevitch [linki odsyłają do albumów na spotify]. A na koniec – wypełnienie samotności wspólnotą: koncert dawnych pieśni maryjnych w wykonaniu uczestników warsztatów pod kierunkiem Bartosza Izbickiego, z udziałem jego zespołu Jerycho. Paradoksalnie, piątkowa noc pieśni pasyjnych, choć wypełniona wspólnym śpiewem, opisywała największą samotność – Zbawiciela opuszczonego przez uczniów, wołającego Boże mój, czemuś mnie opuścił!

Czy była to w ogóle Pieśń naszych korzeni, skoro śpiewano tylko na jednym koncercie? Ależ tak! Instrumenty śpiewały, mówiły i tańczyły. Jakże misternie potrafili genialni twórcy (Bach, Marais, Telemann) snuć wielogłos na jednogłosowych instrumentach! Jak umieli w stylizowanych tańcach przywołać obraz sali balowej, pełen światła i przepychu! W Fantazjach Telemanna na flet słychać to ptaki, to znów dudy. Jeden człowiek, jeden instrument, a otwiera się szeroki świat.

Festiwalowa samotność? Raczej okazja do spotkań. Artyści opowiadali o godzinach samotnych prób i o spotkaniach – z twórcą, który dziś przemawia przez swoje dzieła; ze słuchaczami. Przypominają się słowa markiza De Custine’a skierowane do Chopina:

Słuchacz jest samotny z Panem, nawet wśród tłumu; to już nie fortepian, to – dusza, i jaka dusza! (…) Jedynie sztuka, tak jak Pan ją odczuwa, zdoła połączyć ludzi rozdzielonych realną stroną życia; ludzie kochają się i rozumieją przez Chopina.

Na spotkaniu ze słuchaczami Bruno Cocset opowiedział o swoim jedynym spotkaniu z Maciejem Kazińskim. Bruno nigdy nie jest sam – do grania sześciu suit wiolonczelowych Bacha wykorzystuje pięć instrumentów. W ich towarzystwie przemierza Europę swoją furgonetką. Za sprawą przyjaciół Macieja w drodze powrotnej z koncertu w Warszawie artysta zatrzymał się w Proszowej u Maćka. Jedno spotkanie. Głębokie zrozumienie.

Na koniec – Bruno Cocset, IV suita. Dodam, że zdaniem Cocseta suity wiolonczelowe tworzą cykl opowiadający o narodzeniu, życiu, śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa.