Dzisiejszy wpis ma jeden cel: dzielę się odkryciem, które przyniosło mi wiele radości.

Zacznijmy od piosenki. To punkt wyjścia i cel tego wpisu, pełnego linków i skojarzeń. Tekst pierwszej zwrotki brzmi mniej więcej tak:

Oto ja, biedny tułacz, co chodzi po tym padole

Lecz nie ma chorób, trosk i niebezpieczeństw

W tym jasnym kraju, do którego zmierzam.

Idę tam na spotkanie ojca i mych bliskich,

Zmierzam do Jordanu, idę do domu.

A to ci niespodzianka! Pieśń dobrze znana, choćby z klasycznej bluegrassowej wersji Jacka White’a czy z niezwykłej interpretacji Eda Sheerana, a tu bracia dominikanie, i jeszcze pod taką dziwną nazwą. The Hillbilly Thomists – co to takiego? Po kolei.

Dwie dłonie, dwa ramiona

Obejrzałem w końcu Prawdziwe męstwo braci Coenów. Wspaniały film! Western z fenomenalną Hailee Steinfeld w roli Mattie Ross, czternastolatki, która wyrusza na poszukiwanie zabójcy ojca. Muzyczny motyw przewodni filmu to pieśń Leaning on the Everlasting Arms (Opierając się na wiekuistych ramionach). Znam tę pieśń z innego filmu: zachwycającej, groźnej, ale krzepiącej Nocy myśliwego. Robert Mitchum grał tam obłudnego kaznodzieję, który opowiadał o walce dobra ze złem mocując się sam ze sobą na dłonie. Na knykciach lewej ręki: HATE, prawej: LOVE. Niezapomniana jest scena, kiedy widzimy w oddali sylwetkę tego pastora na koniu, ciemną o świcie. Kaznodzieja z piekła rodem nuci właśnie hymn Leaning on the Everlasting Arms.

Ta pieśń, budząca grozę w Nocy myśliwego, w Prawdziwym męstwie nie wywołuje mrocznych skojarzeń. Dla biskupa Roberta Barrona jest kluczem do zrozumienia filmu braci Coenów. Bp Barron uważa film za opowieść o konieczności zachowania równowagi między sprawiedliwością i miłosierdziem. Sprawiedliwość i miłosierdzie to właśnie odwieczne Boże ramiona. Warto najpierw obejrzeć film, a potem sięgnąć po Ziarna słowa wydane przez nasze wydawnictwo W drodze, gdzie biskup interpretuje ten i wiele innych filmów.

Oba filmy łączy nie tylko pieśń. Tak jak Mattie Ross, która myśli i mówi słowami Biblii, tak postaci z Nocy myśliwego to ludzie religijni, chętnie wtrącający do rozmowy utarte powiedzenie o niezbadanych Bożych ścieżkach. God moves in a mysterious way – tak mówią. Po latach poznałem pieśń, w której pojawiają się właśnie te słowa, tak częste w amerykańskich filmach. W tajemniczy sposób Bóg dokonuje cudów to początek hymnu Williama Cowpera, wielkiego protestanckiego hymnografa z XVIII w.

Obawiam się, że nie mam daru odczytywania głębi filmów, tak jak to robi biskup Barron. Pewnie idę raczej wszerz niż w głąb. Zaraz po obejrzeniu Prawdziwego męstwa zapoznałem się z materiałami dodatkowymi na stronie IMDb. Jest tam rozmowa z kompozytorem Carterem Burwellem o tym, jak utkał partyturę do filmu ze starych amerykańskich pieśni nabożnych. Na fortepianie zauważyłem bliski sercu śpiewnik Sacred Harp. Jak miło! Dość oglądania, czas posłuchać pieśni Leaning on the Everlasting Arms, może w jakimś innym wykonaniu niż to filmowe. Wyszukiwarka w serwisie Spotify pokazała mnóstwo wyników. Wśród nich – zaskakująca nazwa: Hillbilly Thomists. Zaraz, zaraz, czy to ma coś wspólnego z tomizmem? Niemożliwe! A jednak. I ma to wiele wspólnego z pewną niezwykłą kobietą. Stara zasada: cherchez la femme.

Prowincjonalna tomistka/nihilistka (niepotrzebne skreślić)

Ładnych parę lat upłynęło, odkąd od jednej ze śpiewaczek Sacred Harp usłyszałem wzmiankę o Flannery O’Connor, pisarce z amerykańskiego Południa (stan Georgia), gorliwej katoliczce w regionie zamieszkanym przez protestancką większość. Od razu doszło do nieporozumienia. Wydawało mi się, że jedna z jej powieści ma w tytule groźnego niedźwiedzia, co pasowało do opisu pisarki jako niestroniącej od opisywania brutalnych zdarzeń. Powieść nie ma jednak nic wspólnego z niedźwiedziem, a jej tytuł to biblijny cytat o gwałtownikach zdobywających Królestwo (The Violent Bear It Away).

Tę powieść i jeszcze jedno opowiadanie streszcza bp Barron w Przedziwnej drodze. Niedawno wydano po polsku komplet opowiadań Flannery pt. Ocalisz życie, może swoje własne. Opowiadania i dwie powieści tej autorki bywają mroczne (powieść Mądrość krwi jest mroczna dosłownie), acz nie brak w nich humoru, często czarnego. Realizm sąsiaduje z groteską, postaci pełne wad i dziwactw zaludniają świat, który przywodzi na myśl określenie św. Augustyna: regio dissimilitudinis, kraina niepodobieństwa, miejsce-gdzie-wszystko-jest-inaczej. Krucha, schorowana, młodo zmarła kobieta zaludnia swoje utwory zadowolonymi z siebie pyszałkami, rasistami, obłudnikami, oszustami, fanatykami. W jej najsławniejszym opowiadaniu, Trudno o dobrego człowieka morderca wypowiada następujące słowa o Jezusie (przekład Marii Skibniewskiej):

Jeżeli naprawdę tak postępował, jak nauczał, to nie ma człowiek nic innego do zrobienia, tylko rzucić wszystko i pójść za Nim, a jeżeli nie, to nie ma nic innego do zrobienia, tylko bawić się jak najlepiej przez ten krótki czas, jaki nam został, robić, co dusza zapragnie, czy zabić kogoś, czy podpalić komuś dom, czy wyrządzić mu inne jakieś świństwo.

Kiedy ktoś ją nazwał hillbilly nihilist, odpowiadała, że jest raczej hillbilly thomist. Jak przetłumaczyć hillbilly? Tak mówiono na ludność Appalachów. Teraz kojarzy się to raczej pozytywnie, z grą na banjo, muzyką bluegrass. Ale właściwie to coś jak wieśniak (używane jako obelga) czy nawet wsiok. Krótko mówiąc: tomistka z dziury zabitej dechami. Czytywała Summę teologiczną przed snem.

Biskup Barron poświęcił jeden odcinek serii Pivotal Players właśnie tej pisarce. To jeden z najbardziej udanych filmów Roberta Barrona, z ciekawie zrobionym streszczeniem opowiadania, o którym była mowa przed chwilą. Film jest na razie dostępny tylko w oryginale. Jest też dostępne autorskie czytanie tego właśnie opowiadania. Komu niestraszny południowy akcent, a ma pod ręką tekst – wyjątkowa okazja posłuchania głosu Flannery O’Connor. A kto chce wiedzieć więcej, niech zajrzy na specjalną stronę.

Śpiewający kaznodzieje

Przez lata mojej przygody z Sacred Harp ani razu nie spotkałem innego śpiewającego te pieśni dominikanina. A tu takie odkrycie: dominikanie z Prowincji św. Józefa (wschodnie wybrzeże USA) założyli zespół, który przybrał nazwę od żartobliwego powiedzonka Flannery O’Connor. Dwa lata temu wydali płytę. Na niej pieśni znane z Sacred Harp, z filmu Bracie, gdzie jesteś, znakomicie wykonane w stylu bluegrass. Americana na wysokim poziomie. Ależ mi radość sprawili ci bracia! I tyle wątków się zbiegło.

Pieśni dobrze znane ze śpiewnika, z rozmaitych nagrań i filmów doskonale współbrzmią z ulubionym sformułowaniem św. Tomasza: tu na ziemi jesteśmy in statu viae, w drodze (stąd nazwa wydawnictwa!) do niebiańskiej ojczyzny, patria. Bardzo mnie zawsze poruszało to, że są to pieśni wędrowców, zmierzających do Ziemi Obiecanej. Nie zapomnę pożegnania w gościnnym domu Davida i Kathy Lee w Hoboken, miasteczku w południowej Georgii, znanym z własnego sposobu śpiewania pieśni Sacred Harp. Na koniec pobytu naszej polskiej grupy zaśpiewaliśmy pożegnalną pieśń, a David pomodlił się, żebyśmy się spotkali, jeśli nie po tej, to po tamtej stronie rzeki Jordan.

O śpiewających tomistach można przeczytać na ich własnej stronie. Jest tam również dostęp do książeczki z tekstami. Sama płyta jest do posłuchania na Spotify (link na końcu tekstu), ale można się zapoznać z wersją live na YouTube. O Hillbilly Thomists pisał na blogu Matthew Becklo. Są tam wypowiedzi członków zespołu, m.in. o tym, że śpiewając pieśni protestanckie łączą się z braćmi odłączonymi i sięgają po wspólne amerykańskie dziedzictwo. Blog jest na stronach Instytutu Word On Fire biskupa Barrona (znów ten biskup!). Bodaj największa niespodzianka: wydawnictwo W drodze wydało książkę jednego z założycieli zespołu, o. Thomasa Josepha White’a. Światło Chrystusa to – jak głosi podtytuł – wprowadzenie do katolicyzmu.

Otwierającą płytę pieśń śpiewał fałszywy kaznodzieja. Główny bohater Mądrości krwi Flannery O’Connor to Hazel Motes, chrześcijanin mimo woli. Wszyscy go biorą za kaznodzieję. Wygląda pan na pastora – powiedział kierowca. – Ten kapelusz wygląda na kapelusz pastora. (…) To nie tylko kapelusz. To chyba wyraz pańskiej twarzy (tłum. Małgorzata Kucharska). W końcu zostaje kaznodzieją, pastorem Kościoła bez Chrystusa. Wynajmując mieszkanie powiedział, że jest pastorem. Właścicielka mieszkania pyta: Jaki Kościół? (…) Protestancki – zapytała podejrzliwie – czy jakiś zagraniczny? – Nie, proszę pani, protestancki.

I oto pieśni przeważnie protestanckiego pochodzenia śpiewają prawdziwi bracia kaznodzieje. Pięknie śpiewają. Czasem tylko grają; czy komuś jeszcze utwór instrumentalny (nr 8) brzmi znajomo? I dołączają nową piosenkę, o psie z pochodnią. Kaznodzieje śpiewają tu o sobie. A okładka? To zdjęcie z 1926, dowód istnienia dłuższej tradycji podobnego śpiewania.