O tym, jak Bóg widzi świat i ludzi, a także o przemianie postaci komicznej w epickiego bohatera.

Pierwsze słowa czytania z Księgi Mądrości porażają:

Panie, świat cały przy Tobie jak ziarnko na szali, kropla rosy porannej, co spadła na ziemię.

Jedna kropla rosy na jednym płatku jednego kwiatka w jednym ogrodzie w jednym mieście w jednym kraju na jednym kontynencie. Na Ziemi. W układzie słonecznym. W galaktyce. We wszechświecie.

Albo jeszcze inaczej: kropla rosy dziś rano, nie wczoraj, nie tydzień temu, nie rok…

Ziarnko na szali – pyłek, który się strąca z rękawa. Kurz. Nie, to jedno ziarenko kurzu. Oto cały świat w oczach Boga. Trwoga! Skoro cały świat to tylko tyle, to czymże ja jestem?

A jednak:

Nad wszystkim masz litość, bo wszystko w Twej mocy, i oczy zamykasz na grzechy ludzi, by się nawrócili. Miłujesz bowiem wszystkie stworzenia, niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś, bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie byłbyś tego uczynił. (…) Miłośniku życia!

Bóg stworzył świat z miłości. Jak powiada biskup Robert Barron, Bóg ukochał świat do istnienia. Świat? Ludzkość? Bóg nie kocha ludzkości, kocha człowieka. Nie tworzy produktów ubocznych ani bubli. Bóg stwarza z miłości i do miłości.

W opowieści o Zacheuszu widzimy tę miłość w działaniu. Oto Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Ważna persona, pan dyrektor, szef terenowego oddziału biura zdzierców. Budzi respekt podwładnych i obywateli. Zarazem jest to postać groteskowa, komiczna. Mały ważniak. W dodatku na pewno tłusty, bo w tamtych czasach fitness nie był w modzie, a kto miał się dobrze, opływał w tłuszcz. I oto Zacheusz nie mogąc przedrzeć się przez tłum biegnie i wspina się na sykomorę. Dokąd tak gna? Chce zobaczyć Jezusa. Choć zobaczyć. Pan dyrektor biegnie zasapany i włazi na drzewo. Nie boi się śmieszności. Stracił głowę. Cóż, panowie dyrektorzy nieraz tracą głowę – to temat komedii i tzw. dramatów obyczajowych (albo gorzej, psychologicznych).

Jezus, dla którego świat cały jest jak kropla porannej rosy, dostrzega małego człowieczka na drzewie. Wprasza się do jego domu. I tu seria zaskoczeń: oto mały Zacheusz zostaje nazwany synem Abrahama. To tak jakby ktoś nazwał Szwejka dziedzicem św. Wacława. Postać rodem z komedii zostaje włączona w epicką historię zbawienia. Zacheusz doświadcza szczęścia, i to szczęścia na miarę boską. On, który wcześniej szukał spełnienia w bogactwie, ludzkim uznaniu i wygodzie, teraz daje hojną ręką, na wzór dobrego Boga. Bóg nie gardzi kropelką rosy, człowiek uczy się nie pogardzać człowiekiem, uczy się dawać.