Zanim pojawi się Linus ze swoim kocykiem bezpieczeństwa i przypomni nam znaczenie Bożego Narodzenia, parę słów o sensie kończącego się właśnie Adwentu. Potem Dobra Nowina według Izajasza. I wreszcie – Linus. Z kocykiem. A właściwie bez.

Początkowo chciałem zacząć od istnej jeremiady nad złem, jakie wyrządza źle rozumiane hasło Adwent – czas radosnego oczekiwania. Żeby nie wyjść na zrzędę (w tej roli w nikt nie prześcignie Lucy, siostry Linusa), proponuję pozytywne spojrzenie.

Adwent przynosi ze sobą bardzo szczególny rodzaj radości. To radość oczekiwania, to przeczucie radości, to tęsknota. Kluczem do tej radości jest nadzieja – ba, pewność – spełnienia. To biblijne obrazy: łania pragnąca wody ze strumienia, sucha ziemia złakniona deszczu. Czy te obrazy nie mają w sobie nic a nic z postu? Czy adwentową radość można zagłuszyć innymi rodzajami radości?

A teraz Izajasz i król Achaz. Młody, niedoświadczony, dwudziestoletni władca. Przerażony perspektywą najazdu zjednoczonych sił Aramu i Efraima próbuje się oprzeć na pomocy Asyrii. Ten pomysł przyniesie opłakane skutki, a sam Achaz, odstępca od wiary, człowiek, który własnego syna złożył bogom w ofierze, okaże się jednym z najgorszych judejskich władców. Mimo to Izajasz zapowiada mu tajemniczy znak od Boga, znak adwentowy, znak, którego spełnienie nastąpiło o wiele później.

Oto Panna pocznie i porodzi Syna, i nazwie Go imieniem Emmanuel.

Ciekawe, że ważnym etapem spełniania się przepowiedni był z pozoru drobny fakt, filologiczna ciekawostka. Oto kiedy na potrzeby biblioteki aleksandryjskiej tworzono grecki przekład Starego Testamentu, w proroctwie z siódmego rozdziału Izajasza oddano hebrajskie alma (kobieta niezamężna) jako parthenos (dziewica). A jakim odkryciem było to, że obiecany Mesjasz to rzeczywiście Emmanuel – Bóg z nami! Bóg, nie Jego wysłannik, anioł czy człowiek, ale Bóg-Człowiek, Jezus Chrystus.

Od wielkich spraw przejdźmy teraz do niepozornego chłopca, Charliego Browna, który – jak sam mówi w którymś odcinku komiksu Fistaszki – jest znany w swojej okolicy z tego, że nic mu się nie udaje. Mimo to, przez całe swoje długie dzieciństwo (komiksy powstawały od lat 50. po 90.), co roku próbuje być kapitanem drużyny baseballowej wierząc w zwycięstwo. Ufny Charlie co roku daje się nabrać Lucy, która w ostatniej chwili zabiera mu piłkę spod nóg, tak że biedak się wywraca. Można podziwiać Charlesa M. Schulza, że za każdym razem inaczej rozgrywał tę scenkę.

W krótkim filmie Boże Narodzenie Charliego Browna (1965) nasz bohater trapi się tym, że jest mu smutno, choć powinien cieszyć się na Święta. Zasięga opinii przemądrzałej Lucy, która zamiast budki z lemoniadą prowadzi budkę psychiatryczną. Dowiaduje się od niej, że cierpi na pantofobię – lęk przed wszystkim. Według Linusa niepotrzebnie robi ze Świąt problem. Kulminację odcinka można obejrzeć za darmo. Ot, choćby poniżej. Albo rok temu na tym samym blogu.

Oto Charlie, wyśmiany za swoją nędzną choinkę, pyta o sens Bożego Narodzenia. Z odpowiedzią śpieszy Linus. A właściwie św. Łukasz, bo chłopiec recytuje słowa jego Ewangelii: o aniołach, o pasterzach, o narodzinach Zbawiciela. Nie bójcie się! – mówi, odrzucając swój kocyk bezpieczeństwa, o których w niezliczonych paskach komiksu toczył bój z pieskiem Snoopym. Potem owinie tym kocykiem drzewko, żeby się nie przewróciło, a reszta dzieci ozdobi je tak, że Charlie będzie miał najpiękniejszą choinkę. Ale to już inna historia. Najważniejsze, że kończąc recytację Linus wyjaśnia, że to właśnie jest sens Bożego Narodzenia.

Do Linusa i dobrej nowiny jeszcze wrócę w następnym, świątecznym odcinku. Tymczasem polecam wypróbowane źródło adwentowej radości: antyfony O. O!