O czym warto opowiadać? Czy ciche życie zasługuje na rozgłos? Co mają do powiedzenia przedmioty: fajka, nuty, bursztyn?

Historie bliskie ziemi

Jego historię należało opowiedzieć. Po namyśle: A może nie? Takie rozważania snuł komiksowy piesek Snoopy przy swojej maszynie do pisania. Oto problem: czy warto opowiadać proste historie? Znam ludzi, dla których książki Jane Austen to przyziemne opowiastki o wychodzeniu za mąż. Ba, znam takich, dla których książki dzieciństwa to dziecinne powiastki. Kto by chciał czytać o codziennym życiu dzieci ze szwedzkiej osady? O czterech siostrach? O staruszku, który wsiadł na traktorek, żeby przed śmiercią pojednać się z bratem? A może jeszcze ktoś nakręci film czy serial o pannach Bennet czy March? Albo szokujący reżyser pokaże prostą historię?

Wolne żarty. Oto, co o tych przyziemnych (?) opowieściach mówi papież Franciszek w tegorocznym orędziu na dzień mediów; oto, na jakim tle je widzi:

Historia Chrystusa nie jest dziedzictwem przeszłości, jest naszą historią, zawsze aktualną. Ona mówi nam, że Bóg wziął sobie do serca człowieka – nasze ciało, naszą historię, aż do stania się człowiekiem, ciałem i historią. Mówi nam także, że nie istnieją historie ludzkie nieznaczące i małe. Po tym, jak Bóg stał się historią, każda ludzka historia jest w pewnym sensie historią boską. W historii każdego człowieka Bóg objawia historię swojego Syna, który zszedł na ziemię (podkreślenie moje).

Słowa papieża dotyczą historii z życia wziętych, ale i te wymyślone nie są przecież wyssane z palca. Uczą nas uważniej patrzeć, uczą nas oglądać świat i wydarzenia z czułością, jak mówi papież. Uczą też opowiadać. U nas mistrzem takich opowieści, małym, skromnym mistrzem, na miarę swoich zwyczajnych bohaterów, był Władysław Zambrzycki. Ale najpierw piosenka, ze słowami: Oto mój bohater, taki zwyczajny.

Przygody dnia powszedniego

Narrator Pamiętnika Filipka to ciekawy świata chłopak, uważny obserwator życia i obyczajów swojej epoki, Warszawy czasów pruskich. Podejmuje rozmaite dorywcze prace, a w wolnych chwilach stoi sobie pod kolumną Zygmunta i patrzy:

Kiedy tak stoję pod moją kolumną i spoglądam dokoła, widzę zielony dach pałacu pod Blachą, widzę Krakowską Bramę, widzę znajome przekupki, chodzących ludzi, bawiące się dzieci, widzę gołębie i wróble, tylko Prusaków nie widzę, bo ich nie chcę widzieć.

Piękna ta książka, żywa, pstrokata, utkana z mnóstwa drobnych faktów, takich, które można znaleźć na ostatnich stronach dawnych gazet. Na przykład taki oto skandal: Zgroza ogarnęła Warszawę, kiedy się wieść rozeszła o niecnych postępkach aptekarza. Wyszło na jaw, że pan Rouget z chciwości niepomiernej, chcąc tym więcej na suchotnikach zarobić, zamiast cukru dodawał do syropu zwykłego miodu pszczelego.

Cóż powiedzieć o Kwaterze Bożych pomyleńców? Dla zachęty niech wystarczą słowa recenzji Teofila Sygi: Opisuje on dzieje, przeżycia, i wrażenia czterech starszych panów w czasie powstania, chcących w tej burzy dziejowej zachować spokój, humor, nawet i pogodę ducha. Dodam tylko, że czterej przyjaciele to katolik, kalwinista, polski Tatar oraz agnostyk.

Główny bohater Nowin ze świata Paulette Jiles, siedemdziesięcioletni kapitan Kidd (w filmie zagra go Tom Hanks), wędruje od miasteczka do miasteczka, czytając publiczności wiadomości z dalekich stron. W tej westernowej historii starszy pan decyduje się na niebezpieczną wyprawę. Nie chodzi o przekazanie wieści, ale o przewiezienie w rodzinne strony dziewczynki, porwanej cztery lata wcześniej przez Indian. Dobry kapitan streścił swoje życie mówiąc, że miał do przekazania wiadomość, której treści nie znał. Motyw wiadomości do przekazania kojarzy się ze słowami św. Pawła przywołanymi przez papieża: Wy – pisał św. Paweł – jesteście listem Chrystusowym, napisanym nie atramentem, ale Duchem Boga żywego, nie na kamiennych tablicach, ale na żywych tablicach serc. Papież komentuje: Duch Święty, miłość Boga, pisze w nas. I pisząc w nas, utwierdza w nas dobro, przypomina o nim.

Pora na fanfarę dla zwykłego człowieka.

Rzeczy mają głos

W zeszycie nutowym Anny Magdaleny Bach, drugiej żony Jana Sebastiana, można znaleźć niepozorną piosenkę o fajce, So oft ich meine Tobackspfeife. Ten drobiazg jest wymowny, co najmniej na dwa sposoby. Po pierwsze, kruchość fajki i ulotność dymu pouczają o przemijaniu; tak przynajmniej głosi tekst pieśni i tradycja malarska. Po drugie, sam zapis nutowy skrywa opowieść, obrazek z życia rodziny Bachów. Christoph Wolff w książce pt. Johann Sebastian Bach – muzyk i uczony (tłum. Barbara Świderska, Warszawa 2011, s. 467) pisze, że tę cudowną małą arię zapewne zapisał, a może i skomponował Gottfried Heinrich, najstarszy syn Anny Magdaleny. Chłopiec był muzycznie utalentowany, jak jego bracia, ale cierpiał na jakąś umysłową przypadłość, która nie pozwoliła mu się rozwinąć. Na jednej stronie zeszytu widnieje aria zapisana dziecięcą ręką, a na drugiej ładnie przepisana (i przetransponowana tak, by dała się śpiewać) przez mamę i poprawiona przez tatę. Kto chce, może popatrzeć i porozmyślać o rodzinnych więziach wyrażonych nutami.

Zakończmy refleksję, tak jak zaczęliśmy: przy ziemi. Jacek Borkowicz w Kropli żywicy wysnuł wielowiekowe pasmo opowieści z jednego kawałka bursztynu. Dokładniej: to inkluzja – bursztyn, który uwięził prehistoryczną jaszczurkę. Scyci, Goci, święty Wojciech, cystersi z Oliwy: to bohaterowie burzliwej historii jednego miejsca, jednej bryły bursztynu. Rzeczy i miejsca potrzebują kogoś, kto umie patrzeć, słuchać, czuć i opowiadać.

Za tydzień będzie mowa o wielkich opowieściach, takich na skalę nieba. A za dwa tygodnie: o tych, którzy nam pomagają te historie zrozumieć.