Na tropie tajemnic

Jak październik, to różaniec. Jak różaniec, to Hercule Poirot. Ten kadr z Morderstwa w Orient Expressie: belgijski detektyw, śnieg i różaniec. Kanoniczny Poirot: sir David Suchet. Swoją drogą, wolałem starsze odcinki, z niezapomnianym motywem przewodnim Christophera Gunninga, obowiązkowym Good Lord! kapitana Hastingsa, kartoteką panny Lemon i zabawną scenką na koniec.

Katolicyzm Poirota to rzecz dobrze znana. A co z Sherlockiem Holmesem? Czy on ma coś wspólnego z różańcem? Nie? To może chociaż z różami? Oto kanoniczny Holmes, Jeremy Brett.

Dedukcja w niczym nie jest tak niezbędna jak w religii. Człowiek posługujący się logicznym myśleniem może ją zaprezentować podobnie jak naukę ścisłą. Wydaje się, że nasza największa pewność co dobroci opatrzności opiera się na kwiatach. Tylko prawdziwa dobroć potrafi dawać coś więcej, tak więc jeszcze raz powiem, że możemy liczyć na wiele ze strony kwiatów.

Róża i tajemnica. Misterium. Ktoś nazwał słowa Holmesa z Traktatu morskiego (tu przytoczone z przekładu Anny Krochmal i Roberta Kędzierskiego) jego kazaniem o róży. To chyba przesada, bo zadaniem detektywów nie jest prawienie kazań, ale rozwiązywanie kryminalnych zagadek. I nie tylko kryminalnych. Holmes to mistrz obserwacji, uważnego oglądania świata. Kto inny potrafiłby wydedukować dole i niedole starszego brata doktora Watsona na podstawie zegarka?

Również Holmes, tropiciel zbrodni, nieugięty, przenikliwy, błyskawiczny w działaniu detektyw (tak go opisywał Watson) potrzebuje chwili wytchnienia. W jednym z najbardziej pomysłowych opowiadań, Stowarzyszeniu rudowłosych (w przekładzie Marty Domagalskiej, z którego korzystam, jest to Klub rudzielców), po rekonesansie na terytorium wroga mistrz dedukcji zabiera przyjaciela na koncert wirtuoza skrzypiec, Pablo Sarasatego.

Potem przeniesiemy się do krainy skrzypiec, gdzie panują słodycz, delikatność i harmonia, natomiast nie ma rudowłosych klientów naprzykrzających się nam ze swoimi problemami.

W krainie skrzypiec może i nie ma rudowłosych klientów, ale jednym z jej mieszkańców jest rudy ksiądz, Antonio Vivaldi. Fenomenalnym skrzypkiem, acz nie księdzem i chyba nie rudym, był Heinrich Ignaz von Biber (1644-1704), twórca Sonat różańcowych, przeznaczonych na skrzypce i continuo (sekcję basową, powiedzmy). Sonaty powstały na potrzeby nabożeństw różańcowych w Salzburgu.

Tajemnice różańcowe mamy rozważać, a nie rozwiązywać. Kiedyś już tu na pewno pisałem o tym, że język czeski rozróżnia między słowem tajenka (hasło w krzyżówce) a tajemství (tajemnica). Po rozwiązaniu zagadki kryminalnej pozostaje nieraz nieodgadniona tajemnica ludzkiej duszy, wręcz tajemnica nieprawości, mysterium iniquitatis. Nie te tajemnice rozważa się w różańcu, ale misteria zbawienia. W skupieniu, w zamyśleniu, jak Sherlock Holmes na koncercie.

Przez całe popołudnie siedział na widowni odprężony, pogrążony w kontemplowaniu dźwięków, łagodnie poruszając w rytm muzyki swymi długimi, szczupłymi palcami.

Muzyka Bibera pomaga się skupić, zwłaszcza wtedy, kiedy kompozytor stosuje technikę wariacji ostinatowych, jak w moim ukochanym Ofiarowaniu i końcowej passacaglii. O passacaglii i ostinato pisałem rok temu. Są i takie chwile, kiedy słodycz, delikatność i harmonia, ustępuje miejsca niepokojowi i gwałtowności, choćby pod koniec Ukrzyżowania, gdzie Biber odmalował trzęsienie ziemi w chwili śmierci Zbawiciela. Jest w sonatach malarstwo dźwiękowe, jest i ulubiona w baroku muzyczna retoryka. Zyskuje słuchacz, który coś z tej mowy dźwięków rozumie; traci ten, który nerwowo wyszukuje każdy zabieg retoryczny. Nie musimy wiedzieć dokładnie, jaki efekt chciał Biber osiągnąć przestrajając struny w każdej sonacie. Żeby odczytać sens Modlitwy w Ogrójcu, nie trzeba koniecznie rozpoznać motywu łez. Wystarczy wiedzieć i wczuć się w to, że jest to muzyczny obraz agonii Chrystusa w Getsemani.

Warto podjąć próbę włączenia Sonat w odmawianie różańca. Wiem o jednym współczesnym wykonaniu Sonat podczas nabożeństwa różańcowego, w naszym tarnobrzeskim kościele.

Zżyłem się z nagraniem Johna Hollowaya. Od tego czasu powstało wiele innych interpretacji, o pięciu z nich dyskutowało swego czasu grono radiowych jurorów. I oni na czas audycji przemienili się w detektywów; i oni musieli skupić się na ocenie kunsztu artystów, a nie rozpoznaniu znanych wcześniej nagrań.