Wielki Post, piątek… Znowu odwiedziłam Alicję… Od kilku miesięcy zmaga się z ciężką chorobą. Guz języka, bez szans na operację, chemia, co do której nawet lekarze nie mają przekonania… Wioleta, jej siedmioletnia córeczka i Radosław, mąż, codziennie z nadzieją i niepokojem wpatrują się w cierpiącą, ale wytrwałą Alicję. Poznałam  ich niedawno i to przez Wioletkę, która zwierzyła mi się „na ucho”, że nie wie jak pomóc bardzo chorej mamie. Jestem wychowawczynią Wioli i najzwyczajniej zainteresowałam się jej sytuacją rodzinną…

Od tamtego czasu próbuję „towarzyszyć” tej, według mnie, wyjątkowej i bardzo sympatycznej  rodzinie. Młodzi, bardzo wierzący – układali sobie życie z nadzieją stworzenia prawdziwe szczęśliwej rodziny. Planowali, jak zwierzał się Radek, kilkoro dzieci, własny dom, własne szczęście… Planowali i… teraz już nie planują. Teraz oczekują… Teraz szukają ratunku… Teraz…?!

Dotarli wszędzie, do wszystkich możliwych lekarzy. Przed każdą wizytą rodzi się nadzieja, ale… Poza tą ludzką, lekarską nadzieją cała trójka żyje także tą Bożą Nadzieją na cudowne uzdrowienie i o to szczerze się modlą. Ja z nimi też!… Piszę o tym wszystkim z ogromną pokorą, chyląc czoła przed Alicją, która nie przemiękła w cierpieniu, która z odwagą błaga o miłosierdzie dla siebie, dla najbliższych i całego świata…

Piszę o tym z pokorą i głęboką osobistą refleksją nad wielką wiarą Alicji i Jej najbliższych, i czasami czuję się wręcz nieswojo wobec siebie, wobec nich – wszak jestem świecką konsekrowaną, zostałam umocniona ślubami, a przecież  swoją wiarą nawet najmniejszego pyłku nie potrafię ruszyć… A oni ?!

W pierwszy piątek Wielkiego Postu Alicja poprosiła, abyśmy wspólnie odprawiły Drogę Krzyżową. Byłyśmy we dwie w jej małym pokoiku. Radek z Wioletką poszli do kościoła. Alicja prosiła, bym przewodniczyła, gdyż ma kłopoty z mówieniem. Przytuliła się do krzyża, który jej podałam. Uczyniła  podobnie jak Jan Paweł II, pamiętnego Wielkiego Piątku… Wspólnie  przeszłyśmy po Chrystusowych śladach Drogi Krzyżowej.

Któryś za nas cierpiał rany… Jezu ufam Tobie…

  1. I wtedy, gdy milczysz…
  2. I wtedy, gdy boję się krzyża…
  3. I wtedy, gdy potykam się o własną niemoc…
  4. I wtedy, gdy uciekam się do Matki Nieustającej Pomocy…
  5. I wtedy, gdy spotykam Cyrenejczyka…
  6. I wtedy, gdy jestem wdzięczna nieznajomej Weronice…
  7. I wtedy, gdy popycha mnie niecierpliwość…
  8. I wtedy, gdy wsłuchuję się we własne narzekanie…
  9. I wtedy, gdy ogarnia mnie zniechęcenie…
  10. I wtedy, gdy czuję się odarta z wszelkiej nadziei…
  11. I wtedy, gdy doświadczam pełni bezsilności…
  12. I wtedy, gdy przytulam się do Twego Krzyża…
  13. I wtedy, gdy w „uścisku Piety” odnajduję Maryję…
  14. I wtedy, gdy wypatruję prawdziwej Nadziei…

Któryś za nas cierpiał rany… Jezu ufam Tobie… – wypowiedziałam cicho i wydawało mi się, że Alicja też poruszyła wargami… Ona naprawdę nie przemiękła w cierpieniu – pomyślałam ze wzruszeniem. Ucałowałyśmy mały krzyżyk… Podeszłam, żeby ją uściskać. Odwzajemniła uścisk. A potem trwałyśmy w milczeniu… Wydawało mi się, że Alicja nadal wędruje ścieżkami Jerozolimy… A może trwała na Golgocie?

K.B.