Ksiądz Marek ma już swoje lata. Przez dwadzieścia pięć lat był u nas proboszczem,  a przedtem wybudował dwa kościoły w naszej diecezji. Jest zasłużonym kapłanem – oceniają go parafianie… I słusznie go oceniają, chociaż on zupełnie nie dba o takie pochwały, bo – jak powtarzał wielokrotnie – nie tędy droga do Nieba…

Ksiądz Marek potrafił niejednego człowieka zaskoczyć swoimi pomysłami, ale to co uczynił dla moich sąsiadów przekroczyło wszelkie dotychczasowe pomysły.

Wszyscy w naszej parafii szykowali się na przyjęcie gości z okazji Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. I chociaż mieszkamy daleko, oj daleko od Krakowa, to okazało się, że chętnych do bycia u nas jest wielu. Nie tylko Białoruś, Ukraina czy Litwa, ale nawet Angola – zapowiedział z dumą Ks. Marek – zjedzie do nas, bo dowiedzieli się, że naszej wschodniej gościnności nikt nie dorówna.

Na szczęście to jest prawdą, że na naszych kresach nadal obowiązuje staropolskie „gość w dom – Bóg w dom” i wiele rodzin zaproponowało przyjęcie gości. Jedyne, co stanowi utrudnienie, to kwestia języka – ale i na to nasz Proboszcz znalazł radę: Język miłości jest zawsze taki sam i z każdym tym językiem można się porozumieć…

Na jakiś czas przed przyjęciem pielgrzymów u moich sąsiadów źle się zadziało. Co wieczór, a nawet nocami, od kilku miesięcy słychać było okropne wrzaski. Młode małżeństwo, pięć lat po ślubie, nie mogło się odnaleźć w tej niedawno powstałej wspólnocie małżeńskiej. Wierzący, jakoś praktykujący, raczej „niedzielni katolicy”; w sumie sympatyczni ludzie… Czułam się bezradna. Oboje byli naprawdę mili, ale… Nie mają jeszcze dzieci – może to stawało się problemem?

Niestety naprawdę rokowania na utrzymanie się ich małżeństwa były coraz gorsze. Rozmawiałam wielokrotnie z Małgosią, moją sąsiadką, młodą małżonką, czy nie dałoby się wspólnie porozmawiać, może z Księdzem Proboszczem… Wszak on ma ogromne doświadczenie i wie w jaki sposób rozwiązywać tego typu problemy. Małgosia kiwała tylko głową, twierdząc że to już nic nie da… Próbowałam nawiązać kontakt z Jurkiem, mężem Małgosi, ale on także nie widział sposobu na rozwiązanie problemu. Kłótnie, nawet wyzwiska, stawały się chlebem powszednim.

Jak to będzie – trapiłam się coraz bardziej, modliłam się – jak to będzie z nimi? Jak też będzie z pielgrzymami, którzy mieli przybyć i do mnie, i do nich… Czas uciekał. Wybrałam się do Ks. Proboszcza i z pełnym zaufaniem przedstawiłam swój niepokój. No cóż, potwierdził strapionym głosem, no cóż?! Mógłbym ich odwiedzić, ale trudno narzucać się, zwłaszcza młodym… Oni się też Panu Jezusowi nie narzucają. Mieszkają w tym bloku co pani? To na skraju naszej parafii. Trochę jest kilometrów od kościoła, prawda? Niestety to także utrudnia kontakt…

W pierwszy piątek lipca, przed północą, światła samochodowych reflektorów niespodziewanie rozświetliły mój pokój i szybko zgasły. Mimo woli zerknęłam przez okno. Z samochodu wysiadł Ksiądz Proboszcz…

Dopiero świtem jechał z powrotem… Pewnie sobie porozmawiali –myślałam. Okazało się, że to nie była rozmowa. To było całonocne czuwanie z Panem Jezusem…

Młodzi odwiedzili mnie tego dnia przed południem. Przyszli, aby mnie przeprosić za dotychczasowe zachowanie i opowiedzieli, jak to było… Jak to Ksiądz Proboszcz potrafił ich zaskoczyć aż do łez wdzięczności… Powiedział im, że uświadomił sobie, iż w pierwszy piątek  kapłan idzie z Panem Jezusem do chorych, a oni, młodzi gniewni, są przecież szczególnie chorzy na egoizm, więc potrzebują Lekarza… Przyjechał z Panem Jezusem. Postawił na stole Najświętszy Sakrament i poprosił, aby wraz z nim uklękli i… aby odezwali się dopiero wtedy, gdy wszystko powiedzą Chrystusowi… On, jako kapłan może ich wyspowiadać, ale gdy spełnią wszystkie warunki Sakramentu Pojednania i Pokuty, a później, to już tylko Miłość Miłosierna Boga może ich uratować… Uratować ich małżeństwo, ich życie… Zaprosiliście kiedyś Chrystusa do „swojej Kany”, a potem zaniedbaliście. Teraz zabrakło wam wina, została tylko woda… Trwali tak wszyscy aż do rana.

Czy ktoś kiedykolwiek potrafił panią zaskoczyć aż do łez wdzięczności? – kończąc opowieść o tym wydarzeniu zapytali młodzi…

Powiemy pani jeszcze w tajemnicy, że my razem z pielgrzymami też jedziemy do Krakowa na spotkanie z papieżem Franciszkiem… To nasza wdzięczność za pojednanie, za odrodzenie się w nas miłości, za wszystko…

K.B.