Madzia przychodziła codziennie do mojego gabinetu. Zaglądała prawie na każdej przerwie i z niepokojem uznawała, że jestem zajęta. Tak rzeczywiście było, bo w naszej szkole dzieci i młodzież mają zawsze „coś” do przekazania, opowiedzenia albo poskarżenia się na tych, co to dokuczają…

Madzia jednak nie zrażała się taką skomplikowana sytuacją. Po prostu, według niej jej sprawy były najważniejsze. I pewnie tak było…

Sytuacja w domu Madzi jest fatalna. Patologia rodzinna – najgłębsza w jakiejkolwiek mierzyć skali. Jedna z nauczycielek stwierdziła: Tam u Madzi w domu to dno, wodorosty i dziesięć metrów mułu… Czy może być gorzej?!

Madzia jest śliczną dziesięciolatką i pięknie rysuje. Zaprzyjaźniłyśmy się w przedziwnej sytuacji. Kiedyś po lekcjach zapłakana dziewczynka wtuliła się w kąt korytarza i chlipała tak cichutko, że wychodząc ze szkoły ledwo ją zobaczyłam. Kiedy przytuliłam ją mocno do siebie, rozszlochała się – i to wtedy, wraz z bezradnymi łzami dziewczynki, wylała się z jej dziecięcego serduszka całkowita bezradność owinięta w miłość do – właśnie t a k i c h – rodziców…

– Tylko żeby mnie ani mojego rodzeństwa nie zabrano z domu – niby refren padała błagalna prośba.
– Ależ Madziu –  uspokajałam – nie trap się. Opowiadaj spokojnie dalej…

Od tamtego czasu Madzia jest moją – naszą, szkolną – szczególną troską. Wiele spraw udało się już w rodzinie uporządkować. Jeszcze więcej jest do naprawiania… Rodzina liczna, siedmioro dzieciaków. Warunki lokalowe żadne. Alkohol zatapia wszystko… Jednak powoli, i na szczęście coraz bardziej skutecznie, działamy na wszystkich płaszczyznach. Nasz Parafialny Oddział Akcji Katolickiej zdał kolejny egzamin skuteczności, a to naprawdę cieszy i mobilizuje

Zauważyłam, że muszę jakoś delikatnie usposobić Madzię do wprowadzenia przez nią pewnej samodyscypliny, gdyż częstotliwość jej wizyt w gabinecie dyrektorskim w jakiś sposób odbiera szansę innym. Dlatego zaproponowałam jej, żeby wymyśliła jakieś hasło, które będzie tylko nam znane, i wtedy gdy wchodząc wypowie to hasło, wówczas będę wiedziała, że to ważne, pilne i konieczne… Rzeczywiście zadziałało. Kiedy słyszałam słowo „Pasikonik” (pomysł Madzi) – wiedziałam, że…

I właśnie wczoraj, gdy na hasło „Pasikonik” poprosiłam Madzię, przyszła dziwnie tajemnicza, z jakimś zwiniętym rulonikiem papieru. Zapytałam przyjaźnie, co się takiego wydarzyło? A ona drżącymi paluszkami rozwinęła rulon, podała kartkę i… wymknęła się pośpiesznie z gabinetu.

Przez dłuższy czas wpatrywałam się jak zaczarowana w przepięknie narysowaną różyczkę… Wczytywałam się w delikatny napis umieszczony dyskretnie z boku… „To dla Pani Derektor – ta róża pachnie MIŁOŚCIĄ”.

Moja WDZIĘCZNOŚĆ sięga Nieba…

/K.B./