Ksiądz, z Panem Jezusem w złocistej monstrancji, podchodził kolejno do chorych – właściwie do wszystkich obecnych – i udzielał błogosławieństwa. Każdy mógł SPOTKAĆ osobiście Miłosierną Miłość i doświadczyć uzdrowienia…

Patrzyłam na Ludwika siedzącego nieopodal i mimo woli uśmiechałam się w sobie i do siebie, a tak naprawdę to myślami dotykałam tamtego trudnego czasu, kiedy wszystko wydawało się bardziej niemożliwe niż możliwe…
Teraz Ludwik był już zdrowy i chętnie skorzystał z zaproszenia, by przybyć do naszego Sanktuarium Bożego Miłosierdzia na uroczystość z okazji Dnia Chorego. Tu u nas zazwyczaj takie wydarzenia mają swój dodatkowo uroczysty wymiar, co przyciąga wiele osób spoza naszej parafii. Ludwik, po przeżyciach ostatnich miesięcy, nie mógł sobie odmówić przybycia właśnie tu, do Sanktuarium Chrystusa Miłosiernego, aby podziękować za dar uzdrowienia i prosić o więcej…

Uroczystości związane z Dniem Chorych dobiegały końca. Klęczałam jeszcze długo przed Najświętszym Sakramentem i w pewnej chwili zauważyłam, że opowiadam Panu Jezusowi o tym, dla mnie samej niepojętym wydarzeniu, związanym z chorobą tak bliskiej mi osoby.

O ciężkim stanie Ludwika dowiedziałam się niespodziewanie. Błyskawicznie znalazłam się w szpitalu przy jego łóżku. Trudno było rozpoznać w tym skulonym i poszarzałym przez cierpienie mężczyźnie – niedawno jeszcze potężnego człowieka o radosnym usposobieniu i niesamowitej bystrości. Spojrzał na mnie wyblakłymi oczyma i nie potrafił wymówić słowa. Choroba, trudna do zdiagnozowania, zwaliła go po prostu  z nóg. Lekarze, pielęgniarki, wszyscy biegali i starali się „coś” robić, ale nie widać było jakiegoś pomysłu na poprawę. Zdecydowałam się pozostać przy Ludwiku na noc. Podłączono kroplówkę. Ludwik leżał nieruchomo. Zauważyłam, że podobnie jak ja, wpatrywał się w kropelki płynu powoli i równomiernie wypływające z butelki, aby dotrzeć do cierpiącego ciała chorego.
I właśnie wtedy rozpoczęłam „dawkować” równocześnie inną – taką „swoją kroplówkę”… Przez całą noc, w rytm przepływających kropel, modliłam się na różańcu. Każda kropelka była jednym „Zdrowaś”. Zauważyłam, że czas modlitwy czterech części różańca był czasem przyjmowania kroplówki przez Ludwika.

Tak więc rozpoczęłam niezależną „kurację” Ludwika. Prosiłam Matkę Bożą, aby pozwoliła mi przez miesiąc ofiarować codziennie cztery części różańca w ramach „kroplówki” i aby, jeśli to będzie zgodne z Bożą wolą, ta „kroplówka” miała moc uzdrawiającą. Codziennie wytrwale i z nadzieją rozważałam treści Bożych Tajemnic w czterech częściach różańca… I codziennie miałam pewność, że w tym czasie do Ludwika dociera moc uzdrawiająca, którą Maryja przekazuje choremu. Przedziwny to był czas, ale coraz większa nadzieja, że właśnie dzięki tej „zdrowaśnej kroplówce” Ludwik powróci do zdrowia. Po miesiącu Ludwik wyszedł ze szpitala zupełnie zdrowy.

Tylko Matka Boża i ja wiemy, że taka „kroplówka” istnieje. I tylko Matka Boża i ja wiemy, że u Boga nie ma rzeczy niemożliwych.

Piszę o tym, bo nie mogę się tym nie podzielić z każdym, kto bezradnie szuka pomocy.

K.B.    11 lutego 2018 r