Widziałam na własne oczy! Ten smutny obraz pozostanie już na zawsze w moim sercu i nic nie zdoła wymazać go z mej pamięci… Młoda kobieta, matka trojga dzieci, pogubiona do bezgranicznej bezradności – popełniła samobójstwo!

Na pewno wiele jest na świecie takich i innych tragedii… Na pewno nie da się opowiedzieć tych niepojętych i nigdy do końca nie rozwiązanych problemów, które stale tak samo niepokoją nasze sumienia i stale tak samo, gdzieś na dnie serca, szukają w nas usprawiedliwienia, bo… Cóż ja, taka ja, z takiego miasteczka, z takiej parafii… Cóż ja mogłam uczynić, aby nie stało się to, co się stało…?! Nad trumną trójka dzieciaków, które nic a nic pojąć nie mogły : dlaczego ?

To nieruchome „dlaczego?”  nadal wyrasta też przede mną niczym nieruchomy znak zapytania, który przyjął kształt Krzyża… Tak, teraz w czasie wielkopostnych zamyśleń, tylko przy Krzyżu można szukać odpowiedzi i tylko w taki sposób można próbować cokolwiek pojąć z tej człowieczej tragedii, która powoli, ale skutecznie niszczyła życie młodej dziewczyny, matki trojga bezbronnych dzieci… Alkohol, narkotyki… wszystko!

Ksiądz proboszcz z ogromną delikatnością podjął temat tak szybko i tak tragicznie przerwanego życia. Wszyscy zebrani szlochali, dyskretnie wycierając łzy. Był nawet burmistrz miasta – jakby lekko przerażony, że to jego będą się czepiali, dlaczego nie dał mieszkania, nie pomógł…? Cóż, prawie każdy z nas, ja też, pozostał z owym trudem niemocy i serdecznym żalem, że: „teraz już wszystko za mało, choćby się łzy wypłakało, nagie, niepewne…”

Jak to jest, że my, katolicy, patrzymy, a nie widzimy, słuchamy, a nie słyszymy, dotykamy, a  nie czujemy… Jak to jest, że na naszych „katolickich” oczach i teraz, i przedtem…, i tu, i tam…, i wszędzie… złowieszcza siła zła jest górą?!

Przy grobie pozostała jeszcze garstka ludzi… Trójka sierot trzymała się kurczowo za ręce, jakby w obawie, że zostaną rozdzielone…

Dzień jeszcze bardziej spochmurniał i duże krople deszczu spadały prosto na  drewniany, pogrzebowy  krzyż… „Płaczą rzewnie aniołowie” – pomyślałam, włączając się w ostatnią modlitwę za zmarłą… Jak wiele rzewnych łez anielskich i ludzkich  potrzeba, aby mogły one oczyścić nasze człowiecze serca z grzechów krótkowzroczności, znieczulicy czy zaniedbania? Jakiego trzeba nawrócenia serca swego i serc naszych, aby ów rzewny płacz zamienić w Miłosierną Miłość, której trzeba się nam uczyć przy Krzyżu…

Płaczą rzewnie Aniołowie… Ufam, że i  rzewny płacz Aniołów, i nasze łzy –sprawią, że będziemy lepiej widzieć i lepiej rozpoznawać głodnych, spragnionych, wykluczonych wszystkich, którzy się źle mają…

K.B.